niedziela, 15 czerwca 2014

Katastrofa promu Sewol. Tragedia i po tragedii. Korea oczami Polki.



Stałym punktem mojego porannego rytuału jest CNN Newsroom prowadzone ze studia za miedzą, czyli z Hongkongu.  Od kilku tygodni przewijają się te same tematy:

1-  Porwanie dziewczynek w Nigerii przez Boko Haram, jakkolwiek tragiczne wydarzenie nie spędza ono piszącej snu z powiek a to ze względu na niewielka dozę sympatii, jaką darzy ona kontynent afrykański.
Pisząca nie jest pozbawiona serca a raczej chłodno oceniająca fakty, co pozwoli w spokoju opisać dotykający ją na codzień, a szeroko omawiany w mediach międzynarodowych wypadek, do którego dojdziemy za moment.
2-  Zaginięcie samolotu Malezyjskich linii lotniczych Lot 370, zaginięcia, którego przyczynami pisząca jest żywo zainteresowana, a to ze względu na fakt bardzo częstego używania tegoż środka transportu w rejonie Azji przez najbliższą jej osobę. 
3-  Sytuacja na Ukrainie, nurtująca piszącą z powodu potencjalnego zagrożenia wschodnich terenów Polski, ale także, ze względu na długofalowe konsekwencje ekonomiczne nie tylko dla Polski, ale także Europy w wypadku nałożenia na Rosję sankcji.
4- Katastrofa promu Sewol, której skutki dotykają piszącą na codzień i to właśnie temu tematowi poświęcony będzie ten post a konkretnie analizie jak do katastrofy doszło i jakie konsekwencje społeczne owa wywołała.
Source asiancorrespondent.com 
 
Katastrofa promu zdaje się otaczać mnie wszem i wobec. Rozmowy na ten temat toczą się w pracy, media rozpisują się o niej szeroko, często w niewybrednych słowach, a na seulskich ulicach każdej soboty organizowane są protesty. Okazało się, że społeczeństwo koreańskie, w dużym stopniu kontrolowane przez władze oraz nadzwyczaj karne i posłuszne zaczęło głośno krytykować takie tajemnice poliszynela jak korupcja, niekompetencja osób decyzyjnych oraz zmieniające się na niekorzyść pracowników regulacje prawa pracy. Punktem zapalnym obecnej sytuacji i przebudzeniem się społeczeństwa stała się właśnie katastrofa promu Sewol, do której doprowadziły nakładające się na siebie powyższe czynniki, do których doszły jeszcze złe warunki pogodowe, przeciążenie statku, niewyszkolona załoga i nieodpowiedzialny kapitan.

Przyczyny oraz przebieg tragedii

Przeciążenie promu
Jedną z kilkunastu wypadkowych, jakie przyczyniły się do zatopienia promu było jego przeciążenie.
Ciężar ładunku na promie Sewol przekraczał trzykrotnie dopuszczalną normę. W celu zapewnienia statkowi odpowiedniego zanurzenia opróżniona została cześć zbiorników balastowych, co osłabiło znacznie stabilność statku. 

Otóż, rodzi się pytanie, czym mógł być aż tak przeładowany statek pasażerski?
Sewol oprócz pasażerów przewoził także towary. Prom kursował na trasie Mokpo- Jeju. Jeju to tropikalna wyspa leżąca na południe od Busan. Wyspa, która zależna jest od dostaw ze stałego lądu w niemal każdym aspekcie. Nie tylko kontenerowce, ale także statki innego typu dostarczają na Jeju wszelkiego rodzaju produkty. Właściciel promu Sewol, firma Cheonghaejin Marine Co. miała tym samym w swojej flocie prawdziwa kurę znoszącą złote jaja i eksploatowała ją ponad granice przyzwoitości.  Złotonośność kury polegała na tym, że promy pasażerskie w odróżnieniu od statków transportowych opodatkowane są w niższym stopniu, co pozostawiało w kieszeni właściciela firmy wyższe dochody, aniżeli w sytuacji, w której te same towary przewożone by były statkiem do tego przystosowanym. 

Załoga
Załoga fatalnego promu była, mówiąc krótko, bardzo słabo przeszkolona.
Z 33 osobowej załogi 18 osób pełniło role barmanów, stewardów czy kucharzy i choć to nie na nich spoczywała bezpośrednia odpowiedzialność za bezpieczeństwo pasażerów to właśnie oni pomogli uratować kilkudziesięciu uczniów przepłacając to własnym życiem.
Z 15 osób załogi pokładowej, ( z których wszyscy przeżyli!)w decydującym momencie, gdy przeładowany i zdestabilizowany źle wypełnionymi zbiornikami balastowymi prom przepływał z szybkością 19 węzłów (zalecana prędkość na tym odcinku to 16-18 węzłów) przez Maenggol Road w którym panuje jeden z najsilniejszych prądów morskich jakie występują u wybrzeży Korei, statek gwałtownie skręcił co, w konsekwencji spowodowało jego zatonięcie; na mostku, zamiast kapitana znajdowali się 25 letni trzeci oficer Park Han-gyeol oraz 55 letni sternik Jo Jun-ki. Obaj panowie pracowali dla firmy od kilku miesięcy, dodatkowo żaden z nich nie pracował poprzednio na promie wycieczkowym, a co za tym idzie nie sterował takowym. Do czasu tragedii trzeci oficer tylko raz był odpowiedzialny za sterowanie promem Sewol i to na zupełnie innym odcinku.
Ewakuujący się z promu kapitan. Source: REUTERS

Zmiany w legislacji
Sewol zaczął tonąć o 8.45. Załoga zawiadomiła o sytuacji straż przybrzeżną oraz firmę. Firmę, która w obliczu zagrożenia kontaktowała się nie z kapitanem (zatelefonowali do niego tylko raz) a z pierwszym oficerem, co pozwala przypuszczać, że status quo związane z rangą na promie nie odpowiadało stanowi faktycznemu.  

Koreańskie prawo pracy dzieli pracowników na dwie grupy: regularnych otrzymujących, tradycyjne, znane w Europie benefity oraz nieregularnych, którzy pozbawieni są większości przywilejów.  Sytuacja na promie była o tyle dziwna, że kapitan był pracownikiem nieregularnym (za pewne ze względu na swój zaawansowany wiek) a pierwszy oficer pracownikiem regularnym i w rzeczywistości osoba decyzyjną.  Być może, sytuacja ta miała negatywny, psychologiczny wpływ na kapitana a w konsekwencji na jego zachowanie oraz brak podjęcia jakiejkolwiek akcji ratunkowej. 
10 czerwca, Kapitan Lee Jun-seok w sądzie Gwangju District Court. Source: Korea Herald


Kolejna zmiana w legislacji, która doprowadziła pośrednio do tragedii związana jest z maksymalnym wiekiem nabywanych przez koreańskie firmy statków.  Niedawno podwyższono ten wiek z 20 do 30 lat, co pozwoliło firmie Cheonghaejin, właścicielowi promu Sewol na zakup wiekowego oraz wyeksploatowanego, 18 letniego japońskiego promu. Dodatkowo, prom został przebudowany w taki sposób, że zwiększyło to jego wywrotność. 

Pasażerowie
W naturalny sposób nasuwa się pytanie, dlaczego ponad 200 młodych osób nie walczyło o życie, dlaczego zostali w kajutach do czasu aż za późno było na ewakuację?
Otóż, koreańskie dzieci są bardzo karne, oczywiście społeczeństwo, w tym i dzieci zmienia się i kolejne pokolenia zachowują się w dużo swobodniejszy sposób niż poprzednie, nie mniej jednak w dalszym ciągu dzieci koreańskie są posłuszne i wykonują polecenia starszych osób, nawet, jeśli różnica wieku wynosi tylko kilka lat.
Ten czynnik spowodował, że dzieci zostały pod pokładem. Załoga hotelowa przy braku wyraźnych instrukcji z mostka kapitańskiego, postąpiła zgodnie z protokołem stosowanym na wypadek sytuacji awaryjnych i poinformowała pasażerów, aby pozostali w kabinach, co w konsekwencji doprowadziło do ich śmierci. Prom zatonął o 9.54, gdy cala bakburta znalazła się pod wodą pochłaniając życie pasażerów uwięzionych pod pokładem.

Source: wn.com
Po katastrofie
Interesujący obraz społeczeństwa koreańskiego wyłania się po katastrofie. Żądne sensacji media, niewybredni w słowach członkowie stanu duchownego, władze tłumiące protesty, oraz jednostki chcące się wybić w medialnym świecie. 

Media
W dniu katastrofy słuchałam radia i z ulgą przyjęłam informację zgodnie, z którą, prawie wszyscy pasażerowie zostali uratowani. Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy, tego samego dnia, późnym popołudniem koleżanka z pracy (Koreanka) powiedziała mi, że sytuacja jest zgoła odwrotna, prawie 300 osób zginęło. 

Okazało się, że informacja podana przez media około 11.00 była niesprawdzona a stacja, która ją upubliczniła oskarżona jest obecnie o podanie jej tylko w celu uśpienia czujności konkurencji po to, aby podać informację jako pierwsza.  Od południa wszystkie media prześcigały się już w pokazywaniu horroru, jaki rozgrywał się na morzu oraz na lądzie, wśród rodzin ofiar. Żeby zrozumieć skalę i potęgę mediów, w szczególności mediów elektronicznych, należy sobie uświadomić, ze w Korei każdy, od kilkuletniego dziecka po 80-cio latka posiada i swobodnie posługuje się smartfonem.  Wi-Fi jest niemal ogólnie dostępne, a telefon jest nieodzownym partnerem człowieka, używanym 20 H na dobę.

Media w najbardziej odrażający sposób polowały na ocalałych pasażerów żądając odpowiedzi na pytania „jak było” i „co czuli” często doprowadzając nastoletnie ofiary do histerycznego płaczu.

Duchowieństwo

Pomyśleć można, że rodziny ofiar oraz ocaleli mogli liczyć na wsparcie stanu duchownego, nic bardziej mylnego. Jeden z pastorów, będący jednocześnie wiceprzewodniczącym Christian Council of Korea wypowiadając się w sprawie wypadku powiedział, że dzieci z domów o niskim dochodzie (a właśnie z takich domów pochodziły ofiary) powinny były jechać na tańszą wycieczkę, w ogóle nie powinno ich być na pokładzie promu. Pastor zrezygnował ze stanowiska po krytyce ze strony wiernych oraz władz kościelnych.

Rząd

W obliczu tak dużej katastrofy przynajmniej rząd a w szczególności demokratycznie wybrana prezydent – kobieta powinni byli zachować zimną krew. Prezydent Park Geun-hye wybrana do władzy kilkanaście miesięcy temu, będąca córką rządzącego Koreą przez 16 lat zmarłego prezydenta i dyktatora w jednej osobie, wychowująca się w tutejszym Belwederze i poznająca tajniki rządzenia od najmłodszych lat nie sprostała wyzwaniu jakie postawiła przed nią zaistniała sytuacja.

Kiedy pięć dni po tragedii rodziny ofiar wypadku chciały udać się pod siedzibę prezydenta zostały natychmiast zatrzymane przez kordon policji. Jak się okazało, władze miały wśród zebranych policjantów w cywilu, co umożliwiło natychmiastowa reakcję.

Podobnych incydentów było jeszcze kilka.  A rodziny ofiar stały się inwigilowane nieustannie, co pozwalało na tłumienie w zarodku wszelkich inicjatyw społecznych.
Podczas pierwszych dni trwania tragedii zawiodły nie tylko instytucje, zawiedli także obywatele. Krótko po tragedii portale spolecznosciowe  zasypane zostały rzekomymi wiadomościami wysyłanymi przez (nieżyjące już wtedy) ofiary – wszystkie one okazały się nieprawdziwe, a motorem działania dla zamieszczających te informacje była chęć uzyskania jak największej liczby wejść na strony internetowe, aby móc je później sprzedać. Podobnych przypadków było bardzo wiele.

Nasuwa się pytanie, co stało się z narodem, który w 1995 roku podarował państwu osobiste kosztowności, aby mogło spłacić długi wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Co stało się z narodem, który w 50 lat dokonał niespotykanej w dziejach ludzkości przemiany ekonomicznej, naród, który słowo „ja” zastępuje słowem „my/nasze”, nawet w prywatnych rozmowach.

Otóż naród ten jest zmęczony. Zmęczony komercją, która go dopadła, sfrustrowany władzami, które nabrały „zachodniego” sposobu bycia i coraz częściej uwikłane są w korupcję.
Korea ewoluuje dalej, zmienia się błyskawicznie (dosłownie z roku na rok), zmiany maja niestety często negatywne konsekwencje.

Koreańczycy protestujący przy Cheonggyecheon Sttream w centrum Seulu
Koreańczycy protestujący przy Cheonggyecheon Stream w centrum Seulu
W jednym z filmów Jana Jakuba Kolskiego ksiądz z małej miejscowości na wschodnich kresach Polski mówi o zmianach w ten sposób „ […] mam dziwne przeczucie, że wszystko się zmieni […] a jak już się zmienia, to rzadziej na lepsze a w przeważającej ilości wypadków na gorsze.”
Mieszkając w Korei i widząc zachodzące zmiany na codzień  nie mogę oprzeć się wrażeniu, że i Korea nie zawsze w swoich przemianach idzie ku lepszemu.


czwartek, 12 czerwca 2014

Zupa rybna. Na gwoździu.Prawie.

Nie lubię wyrzucać jedzenia. Może to skąpstwo, może to wychowanie, ale serce mi się czasem kraje na widok ilości pełnowartościowego żarcia na śmietnikach. Czasami ma się wrażenie, że sąsiedzi muszą chyba spać na pieniądzach, skoro stać ich na taką rozrzutność, jak wyrzucanie bananów z ciemnymi plamkami czy nierozpakowanych tacek z inną żywnością.
Jako że zamrażalnik mamy tym razem słusznej linii, trafiają do niego nie tylko porcje gulaszu, bigosu czy innych potraw, które zrządzeniem losu zwykle przyrządzają się w ilościach kompanijnych, jeśli nie pułkowych.
I co się gapisz?
Powyższe zdjęcie prezentuje ingrediencje na wywar rybny. Powstał z elementów, które ktoś mógłby nazwać odpadkami. I tak, po kolei:
Ta zalotnie łypiąca okiem rybka, a w zasadzie rybi łeb, to pozostałość z kolacji sprzed kilku dni. Wiadomo, że wywar nawet z samych rybich głów jest świetny.
Tu rybka, żeby nie było jej smutno, dostała do towarzystwa pancerzyki i główki z krewetek tygrysich, które też znalazły swoje miejsce w zamrażalniku, zamiast na śmietniku historii.
Pancerzyki morskoowocowe to generalnie poezja smaku. Są kuchnie, w których dodaje się sproszkowanych skorupek z krabów czy homarów, dla podkreślenia smaku i aromatu dania.
My akurat przywlekliśmy ten patent z Sycylii.

Zawartość pancerzyków, zamarynowana w sosie sojowym, czosnku, paście gochujang, cynamonie i brązowym cukrze, usmażona szybciutko na oleju sezamowym, poszła z ryżem. Cukier się fajnie karmelizuje, dając chrupiącą polewę, a połączenie sosu sojowego, czosnku, chili i cynamonu w marynacie sprawdza się świetnie, także z kurczakiem.
Do tego garść suszonych sardeli, opisywanych przez nas wcześniej tutaj.
Marchewka, pokrojona w słupki, to pozostałość po Małżonce. Właściwie to po życzeniu Małżonki, żebyście sobie nie pomyśleli, że gdzieś sobie stąd poszła. Zażyczyła sobie jednego wieczoru marchewkę i ogórka w słupki, do maczania w domowej roboty paście/sosie/dipie ssamjang.
Nakroiłem od serca, zostało. Wylądowało, a jakże, w lodówce. Łodyżki koperku to osobna historia.
Po zakupieniu w rosyjskiej dzielnicy dziesięciu łodyżek świeżego kopru za 3000 KRW( mniej więcej 3 dolary amerykańskie), co poszło na ziemniaki z jajkiem i zsiadłym mlekiem, to poszło, a chyba tylko Krezus z Rothschildem wyrzuciliby resztę. Zielona cebulka też została po jakimś większym gotowaniu, w woreczku strunowym dostała zaszczytne miejsce, tuż koło flaszki dżinu, w zamrażalniku. Liść laurowy i ziele nie ze śmietnika, ze słoiczka.
I to wszystko na małym ogniu sobie wesoło bulgotało, aż zapach zwabił do kuchni koty, a rybi łeb się zaczął rozpadać. Mięsko z rybiej głowy dostały sierściuchy, reszta przez sito, został sam wywar.
Ponieważ oboje lubimy zupy rybne, zarówno w czystej jak i gęstej wersji, tym razem zgodnie zadecydowaliśmy, że o smak i tylko o smak nam chodzi. Miało być lane ciasto, skończyło się na kluskach kładzionych.
Na talerzu wyglądało mniej więcej tak:
Kuferek w tle też uratowany. Prawie ze śmietnika.

Na talerzyku po lewej porcja pasty gochujang, czyli podstawowego i nad wyraz często w koreańskiej kuchni używanego składnika. To do przyprawienia zupy do smaku.
Obok, zagnieciona w krążku pierogowego ciasta, krewetka, z posiekanym czosnkowym szczypiorem, ugotowana na parze. Podczas robienia zdjęć niewdzięcznie cholera wystygła, za karę nabrała rumieńców na patelni. Odsmażanego na chrupko pieroga nikomu chyba nie trzeba reklamować?
Wywaru wyszło sporo, po zjedzeniu solidnych porcji, postanowiłem pozostały bulion zredukować i zamrozić, jako domowej roboty bulionetki.  Potem do warzyw z patelni z rybą czy innymi owocami morza-super sprawa.
Jak postanowił, tak zrobił. Garnek na mały płomień i na kanapę... Obudził nas przeraźliwie miauczący Sasza. To nie było zwykłe miauczenie. Koty tak miauczą, gdy się przestraszą. Bardzo to podobne do płaczu małego dziecka.W mieszkaniu siwo. Z metr dymu pod sufitem.
Okna na oścież, wyciąg kuchenny na pełne obroty, koty pod pachę i na dach.
Gwoli wyjaśnienia- koreańskie dachy są w większości płaskie, z wysokim murkiem dokoła.Mowa o nowoczesnych budynkach. Na sąsiednich domach są regularne ogrody, na naszym się tylko opalamy, czasem któryś z sąsiadów wpadnie na fajkę.
Po godzinie dało się z powrotem wejść do mieszkania. O dziwo, nie zdążyły przesiąknąć dymem ubrania w szafach, ani na balkonie.
Nasze dzielne koto-kanarko-gęsi(kanarki były używane w kopalniach, do wykrywania metanu, roli gęsi Junony na rzymskim Kapitolu nie trzeba chyba przypominać) dostały w nagrodę za czujność podwójną porcję swoich smakołyków.
A my dostaliśmy nauczkę, że garnka na ogniu nie zostawia się bez opieki.
Takie to było nasze cygańskie gotowanie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...