Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczka. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 marca 2015

Bali o zachodzie słońca

Jaśnie państwa nie ma w domu,  wzięli gorzkie żale i poszli na roraty.

Innymi słowy, nie udało nam się napisać na dziś nic ciekawego, z różnych względów.
Dla osłody zdjęć kilka, w końcu to środa, wpis musi być.
Nikt nie mówił, że wyłącznie słowo pisane się liczy.
Pismo obrazkowe też.

Plaża, Canngu.
Drzwi. Chcielibyście takie?

Przydomowa świątynka. Przy KAŻDYM domu. Różnią się zamożnością wyposażenia.

Przydomowy ogródek. Drzewo chlebowe.

Przydomowy ogródek. Stara znajoma, czyli papaja. Niedojrzała.

Przydomowy ogródek. Kwiat plumerii, frangipani, kolejny stary znajomy.

Klasyczny, balijski tandem.

Oszpilna jadalna, jaja węża, snake fruit, salak. Owoc areki.

poniedziałek, 2 marca 2015

Śliwka wędrowniczka. Z życia węgierki. Bali, dzień 2.

"Dziarska jestem, stać nie mogę! Już bym chciała ruszać w drogę!"

O gadających i ruchliwych wiktuałach w podróży pisała już Hanna Januszewska.

Nam też trafiła się taka sztuka, mianowicie Śliweczka Wędzona, de domo Węgierka.
Trzęsła się biedaczka z zimna, wystawiona na mróz na przedświątecznym, zabrzańskim targowisku. Widząc nasze opalone lica (jeszcze wtedy nie wiedziała, co to solarium)- krzyknęła wniebogłosy:

-Ratujcież, dobrzy ludzie! A dyć szczeznąć mi tu przyjdzie na tym zapyziałym straganie!

Od razu wywnioskowaliśmy ze śliwkowej mowy, że to prawdziwa panna ze wsi, a takiej szukaliśmy.
Zabraliśmy więc pannę Wędzoną do domu, gdzie zamieszkała w apartamencie, wytapetowanym szarym papierem (zupełnie takim samym, jak na papierowe torby z targu, żeby czuła się jak u siebie).

Głusi na sugestie i zachcianki Śliweczki, której to marzyły się salony i koafiury, rzuciliśmy się w wir świątecznych przygotowań. 
(Czytającym powyższy fragment, a szczególnie jego ostatnie zdanie, członkom rodziny- przypomina się, że jest to fikcja literacka, a nie dokument. Jak piszę, że rzuciliśmy się w wir, to piszę).

Święta, święta i -wiadomo, czas do domu wracać.

W wyniku różnych zawirowań, nasza udomowiona Śliweczka, zamiast zająć miejsce w samolocie z Okęcia, przez Moskwę do Seulu- postanowiła sobie wyruszyć w inną podróż.


Najpierw poleciała do Kongo, ale już na granicy przestraszył ją celnik i postanowiła ukryć się głęboko na dnie bagażu.
Na nic zdały się próby przekonania, że gdzie jak gdzie, ale tu nikt by na nią nie zwrócił uwagi. Wtopiłaby się w tło, można by rzec.
Po owocnym pobycie w Afryce- równikowe słońce służy urodzie niektórych- Śliweczka zażądała odmiany krajobrazu.
Jako że wyemancypowanym i rozentuzjazmowanym niewiastom nie należy dla własnego zdrowia psychicznego i spokoju duszy odmawiać - udaliśmy się z Kongo, przez Paryż i Singapur na Bali.

Tu zblazowana zołza pławiła się w oceanie,

 
Uluwatu.
zwiedzała warsztaty jubilerskie, 

   
 
Tradycyjny wzór, oparty na młodym pędzie paproci
brała udział w  ceremonii pogrzebowej
 
Lektyka na ostatnią podróż
 
Byk, w którym umieszcza się nieboszczyka
 
również niesiony przez krzepkich mężczyzn, na oklep syn zmarłego
wczepiony kurczowo w kark, podczas gdy wóz strażacki leje z hydrantu
 
potem cały korowód
 
wraz z orkiestrą, przemieścił się na plac na końcu wioski, gdzie
 
zmarłego umieszczono we wnętrzu byka


 
i skremowano.
Po tylu wrażeniach i tysiącach przebytych kilometrów, nasza gwiazda postanowiła uświetnić koreańskie kulinarne osiągnięcia i dokonała żywota w staropolskim bigosie.

 
Nasza bohaterka, to ta po prawej.

Tym, którzy wyrazić by mogli ewentualne zdegustowanie umieszczeniem frywolnej śliweczki w towarzystwie balijskiego nieboszczyka, zwracam nieśmiało uwagę, że po pierwsze primo- podczas obrzędu kremacji, kilka metrów od płonącego byka, posilić się było można szaszłykami z kurczaka (tak, tak, pieczonymi na ogniu, na przenośnym ruszcie), a sprzedawcy napojów i owoców krążyli wśród zgromadzonego tłumu, coś jak na polskim odpuście. Nikt nie płakał, nie zawodził, panowała luźna atmosfera.
Po drugie primo- memento mori.
A po trzecie- przepis na bigos.

  • 2,5 kg kiszonej kapusty
  • 1 kg kapusty białej, poszatkowanej
  • 0,5 kg pieczeni wieprzowej, z sosem
  • 0,5 kg pieczeni wołowej, z sosem
  • 0,5 kg pieczonej kaczki lub gęsi(kura w ostateczności, unikać)
  • 10 dag suszonych prawdziwków
  • 20 suszonych, a najlepiej jeszcze wędzonych śliwek
  • 2 cebule
  • ziele angielskie, liść laurowy, jałowiec
  • smalec
  • szklanka czerwonego wina
  • sól i pieprz do smaku, tej pierwszej nie za dużo, bo i kiszona kapusta i pieczone mięsa były już wszak solone, tego drugiego ile dusza zapragnie, bigos lubi pieprz
Nie jest to przepis ortodoksyjny, brak w nim na przykład kiełbasy, która w Korei jest bardzo trudno osiągalna.
Na początku zimy bigos można robić z samej kiszonej kapusty, im później tym ona kwaśniejsza i udział kapusty białej większy.
Grzyby zalać wodą, odstawić na dwie godziny, ugotować, odcedzić, pokroić. Płyn zachować.
Kapusty według możliwości gotować na początku w dwóch osobnych naczyniach, zalane wodą lub rosołem, do miękkości. Potem połączyć.
Przyprawy ziarniste można dodać w całości lub zagotować w małej ilości wody, potrzymać na małym ogniu przez 20 minut i otrzymany wywar wlać do bigosu- to dla tych, którzy nie lubią dostawać na talerzu liścia bobkowego.
Dodać pokrojone mięsiwa, w miarę możliwości z sosami.
Śliwki pokroić na ćwiartki, dołożyć do garnka.
Cebule pokroić, podsmażyć na smalcu, dodać do duszącej się kapusty.
Podlać winem, dusić, dolewając stopniowo wywar z suszonych grzybów.
Pierwszego dnia dusić przez 2, 3 godziny. Schłodzić, a najlepiej zamrozić.
Następnego dnia garnek z zamrożonym bigosem postawić na mały ogień, odmrozić i dusić kolejne 2, 3 godziny, mieszając od czasu do czasu. Po wystudzeniu kolejny raz zamrozić.
Trzeciego dnia procedurę powtórzyć.
Od teraz można oficjalnie cieszyć się bigosem, do tej pory była to kapusta z mięsem.

SMACZNEGO!!!


środa, 25 lutego 2015

Międzyblogowe spotkania. I nie tylko. Bali, dzień 1.

Rocznica ślubu też będzie. O poprzedniej pisaliśmy tutaj.
W tym roku poszliśmy po rozum do głowy i wyjazd w okolicach Chińskiego Nowego Roku zaplanowaliśmy dużo wcześniej.
Po co marznąć, skoro o kilka godzin lotu stąd, można spalić sobie skórę na nosie pierwszego dnia i mieć na twarzy blade obwódki wokół oczu i paski w poprzek skroni od noszenia okularów przeciwsłonecznych?
Polecieliśmy na Bali, do Indonezji. Wyjazd krótki, acz intensywny. Małżonka zaplanowała każdy dzień, co do minuty.  Plany fachowym okiem oceniła balijska autochtonka z polskim paszportem, czyli Ania z bloga wazji.pl (serdecznie pozdrawiamy Anię i Krzycha, zwariowanego psa Carliego i koty też).
Nieomal prosto z lotniska, z kierowcą poleconym nam przez Anię, my zresztą też możemy go już także polecić jako uczciwego i nie próbującego naciągać na wizyty w zaprzyjaźnionych lokalach czy sklepach człowieka, ruszyliśmy w objazd miejsc, które KONIECZNIE trzeba było zobaczyć..

Na dwóch kółkach byłoby czasem szybciej.
Ayam goreng, tutaj w wersji"spotyka kurczak walec drogowy"
Na pierwszy ogień poszło Denpasar, stolica wyspy. Niedziela, drogi mniej zatłoczone.
A w miejscowym, pięknym muzeum- lokalna atrakcja i kuriozum. Na dziedzińcach i w co bardziej fotogenicznych salach wystawowych- młode pary, w tradycyjnych, bogato zdobionych strojach.

  
"Najdroższa, coś Ci się z tyłu wlecze"
  
"Zdrętwiał mi tyłek, długo jeszcze?!"
  
"Tak długo, jak fotograf będzie ostrość ustawiał"
Młode pary, na sesjach.. przedślubnych. Indagowani przez nas o datę ślubu, wspominali, że może czerwiec, może lipiec. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że wynajmują fotografa przed ślubem, którego dokładnej daty sami jeszcze nie znają.
Fotografia z sesji będzie ozdobą ceremonii. Widać koncept panny młodej uciekającej od ołtarza jest tutaj obcy.
Z muzeum przedostaliśmy się do Pasar Burung, gdzie na swoich nabywców czekają upierzeni piosenkarze, wojownicy i zapewne przyszłe kurczaki z rożna. Ulica ptaków.

  
Jaki kraj, taka parada równości.
Wyżrrrę wszystko!

Spożywanie napojów z lodem na ulicy, śmierć w oczach pilota wycieczki. Na szczęście nie mieliśmy ani pilota, ani sraczki.

Wszędzie towarzyszył nam Agung, czyli nasz kierowca i po trosze przewodnik, a na pewno chodząca encyklopedia balijskich zwyczajów i ceremonii. Zainteresowanym możemy podać jego numer telefonu lub kontakt na FB, upoważnił nas do dzielenia się jego danymi w celach turystyczno-biznesowych. Turyści to my, biznes to Agung.

Gwoździem programu pierwszego dnia był pokaz tańca, w dramatycznej scenerii amfiteatru na klifach w Uluwatu.
Balijskie tańce są tak piękne, jak różne. W pałacu w Ubud codziennie jest inny. Ale jeżeli mielibyście zobaczyć tylko jeden, z czystym sumieniem możemy polecić taniec Kecak w Uluwatu.
Opowiedziana tańcem historia z Ramayany, jest i piękna kobieta, porwanie, próby samobójcze i szczęśliwe zakończenie. Historia, jakich w Hollywood mnóstwo.
Ta urzeka oprawą muzyczną. Nie ma tu żadnych instrumentów, podkład i dramaturgię buduje pięćdziesiąt męskich głosów, właściciele których to wyznaczają też granice scen.

  
Chórzyści.
  
"Gdzie on jest?! Gadaj! Natychmiast!"
O zachodzie słońca puścili nas do domu.
Po przedstawieniu, pogryzieni nieco przez komary, udaliśmy się do Canggu, do tymczasowego domu.
I tak zakończył się nasz na Bali dzień pierwszy.

PRZYPOMNIENIE-  PO KLIKNIĘCIU NA FOTOGRAFIĘ, POJAWI SIĘ ONA(TA FOTOGRAFIA) W DUŻYM ROZMIARZE.

czwartek, 12 lutego 2015

Hyehwa station czyli prawie Seulski Broadway


Hyehwa jest najbardziej chyba znana z dużej ilości teatrów. Niektórzy nazywając ta okolice Seulskim Broadway-em, co , nie do końca jest szczęśliwym porównaniem, ponieważ ważniejsze, większe przedstawienia wystawia się w innych częściach miasta. Większość tutejszych teatrów to małe sceny mieszczące się w piwnicach, na strychach czy kolejnych piętrach budynków przypominających apartamentowce.

Przy wyjściu z metra

Jeden z dłuższych murali, cały sie nie zmieścił ;/
To, co na pierwszy rzut oka wyróżnia okolicę, to widoczne, już po wyjściu z metra, poustawiane na ulicy stoliki z biletami oraz naganiacze owe sprzedający (wyjście 2, stacja Hyehwa). Okolica, w której ulokowane są teatry to Daehangno, a mieści się ona na wschód od stacji metra. Przyznam, że poszłam kiedyś na przedstawienie (Hwarang) w ramach obowiązków pracowniczych, recenzje oficjalną możecie przeczytać tu (zrobiona na użytek Koreańskiej Organizacji Turystycznej dla przeciętnego turysty azjatyckiego) a nieoficjalnie....no cóż, wielkim fanem K-pop to ja nie jestem i trudno mi było wysiedzieć do końca patrząc na podrygiwania pięciu koreańskich chłopców na scenie,ale jeśli ktoś jest fanem, z pewnością będzie zachwycony. Pierwszy rząd siedzeń mieści się praktycznie na scenie, więc można się dobrze przyjrzeć chłopakom. 


Plakaty teatralne. Na pierwszym planie plakat przedstawienia Hwarang
Idziemy za mrówką ;)
 Jeśli komuś nie w głowie odwiedzanie teatrzyków na urlopie proponuję obrać inny kurs zwiedzania.

Marronnier Park to przyjemny skwer, na którym można przycupnąć, zajrzeć w przewodnik i zastanowić się w którą stronę dalej. Park mieści się kilkadziesiąt metrów po wyjściu ze stacji metra (wyjście 2) po lewej stronie. Idąc wzdłuż głównej ulicy mijamy kilka fajnych rzeźb, uniwersytet, mniejsze skwerki aż dochodzimy do pomnika kupy, ekskrementu, numeru 2 czy jak to ludzie nazywają. Pomnik jest uroczy, kolorowy i przypomina mi jeden ze skeczy Jeffa Dunham-a z Ahmedem, w którym to mój ukochany terrorysta, po zjedzeniu skittles stwierdza, cytuję: "Now I can fart in a rainbow of colours"; urocze, nieprawdaż? Czyż to nie jest idealny opis tego cudownego pomnika?

Pomnik

Gdzieniegdzie panuje jeszcze świąteczna atmosfera

Mapka okolicy z planem min. murali
Mając Marronnier Park za punkt odniesienia, możemy też obrać inny kierunek zwiedzania i udać się w stronę parku Naksan.Spacer zabierze nam około 45 min a uprzyjemnią nam go murale oraz niezliczona ilość małych kawiarenek w których możemy od czasu do czasu przycupnąć. Po wdrapaniu się na szczyt można się rozkoszować widokiem panoramy miasta. Na szczycie znajduje się przystanek autobusowy, więc, jeśli nie mamy czasu na zejście z powrotem do metra, możemy podjechać autobusikiem.

Zimowe persimony ;) delikates!
Widok ze szczytu parku.

Mury miejskie, ciągnące się wzdłuż szczytu.

Miłego spaceru!


Dojazd:
Stacja Hyehwa, linia 4 (niebieska), wyjście 2
 
   

środa, 27 sierpnia 2014

Papież z wizytą w Korei, a sprawa polska

Setki tysięcy wiernych. Dziesiątki beatyfikowanych. Centrum Seulu zablokowane.
Skromność papieża ujęła Koreańczyków za serca. Papa mobile marki Kia.


My, ponieważ nie lubimy tłumów, niezależnie od tego jaki szczytny cel przyświeca zgromadzeniu, obraliśmy zgoła przeciwny kierunek niż Seul w ten wolny weekend, gdy Franciszek wizytował Koreę.
Mianowicie udaliśmy się na wschód, do miejscowości, w której byliśmy zimą-do Sokcho.

Tym razem były i góry:

i koreańscy turyści z niezbędnym do trzaskania selfie sprzętem:

Żaden szanujący się turysta nie wyjdzie na szlak nieprzygotowany.
Inni kontemplowali, w niewiedzy, że Morskie Oko piękniejsze:


Jeden dzień w parku narodowym Seoraksan, kolejny zaś pół godziny drogi od bram parku- w porcie i na plaży. Zdeptaliśmy tego dnia chyba tyle samo, co poprzedniego dnia w górach.
Były atrakcje kulinarne:

Z portu na restauracyjny stół- dwie minuty, a i to w korkach.

Plażowanie po koreańsku:




Dla krótkowidzów-pan w czerwonych szortach to autochton, nie autor.


Karmienie mew chrupkami, z pokładu wycieczkowego statku, a jakże. My im chrupki, one nam pozowały do zdjęcia.

Nie omieszkaliśmy też zajrzeć na naszą ulubioną faszerowaną kałamarnicę, której to próbowaliśmy po raz pierwszy zimą. Tym razem jednak dotarliśmy do źródła, czyli wioski Abai, położonej między dwoma mostami w Sokcho, tym czerwonym i tym niebieskim. Dotarliśmy tam pieszo, z południa, ale już na drugi brzeg z wysepki, na której mieści się Abai Village-przepłynęliśmy promem.
Prom-instytucja, występujący w koreańskich serialach, urywki, w których występuje prom, wyświetlane są na dużym ekranie pod mostem.
Prom napędzany jest siłą mięśni i to pasażerowie biorą w tym udział, za pomocą stalowych, zagiętych na końcu prętów, ciągnąc prom na linie, od brzegu do brzegu.
Te wszystkie atrakcje już po opłaceniu myta, oczywiście. Całe 200 wonów.
Potem wycieczka po sklepach, drobiazgi i do domu.

Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie, a Sokchowi co sokchowskie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...