Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korea food. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korea food. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 kwietnia 2015

Topokki, czyli kopytka po koreańsku



Dziś kolejny prosty przepis praktykowany pod nieobecność małżonka.

Koreańskie kopytka, czyli Tteokbokki (Topokki).

Przepis „na oko” ;) wychodzi zawsze.


Składniki:

Tteokbokki czyli Rice Cakes / kopytka z mąki ryżowej. Ja kupuję gotowe, ale jeśli będzie problem z dostaniem w kraju nad Wisłą, przepis na wyrób domowy podaje nieoceniona Maangchi. 
Myślę, że równie dobre Tteokbokki  wyjdą z polskich kopytek ;)
Połowa cebuli
Szczypiorek
Kilka płatków kimchi z kapusty pekińskiej
Cukier
Szczypta soli
Mąka ryżowa do zagęszczenia (można zastąpić skrobią)
Pasta Gochujang, czyli ostra pasta chili. Wygooglowalam, że w polskim Tesco jest do dostania Tao Tao Pasta curry czerwona, powinna się dobrze sprawdzić jako zamiennik.
Płatki chili (ja kupuje w tutejszym Tesco, więc i w Polsce powinny być do dostania)
Woda
Domowa bulionetka (lub kostka)

Przygotowanie:

Zeszklić cebulę na głębokiej patelni. Dodać 3/4 szklanki wody z rozpuszczoną bulionetką, oraz  łyżkę pasty chili i płatki chili.
Po połączeniu składników dodać cukier i sól do smaku.
Dodać pokrojone w paski kimchi oraz szczypiorek.
Poddusić kilka minut.
Zagęścić mąką.
Dodać ugotowane wcześniej, jeszcze cieple kopytka. 

Jeśli sos wyjdzie za ostry, można dodać kleks jogurtu naturalnego (oczywiście domowej roboty ;)

Podawać zaraz po przygotowaniu. Kopytka z mąki ryżowej robią się bardzo gumowe po wystygnięciu.

sobota, 25 kwietnia 2015

Spring Rolls z Nori, czyli przepis rodem z Mullae.



W środę spacerowaliśmy po Mullae, a dziś wracamy tam kulinarnie.

Podczas jednej z moich pierwszych wizyt w tej dzielnicy trafiłam do małego bistro w porze lunchu, zerknęłam w menu i zamówiłam moje ukochane mandu, czyli pierożki.

Jakież ogromne było moje zdziwienie, kiedy podano mi coś, co wyglądało raczej jak Spring Rolls!
Upewniwszy się, że dostałam to, co zamówiłam - zabrałam się za jedzenie. 
Okazało się, że tak mi te nietypowe mandu zasmakowały, że trafiły na stałe do domowego menu.


Przepis stworzony metodą prób i błędów.

  • Składniki:
  • Płaty nori
  • Makaron szklany (glass/cellophane noodles)
  • Olej sezamowy
  • Chili
  • Olej rzepakowy do smażenia
  • Sezam, przyprawy, sól
  • Posiekana marchewka i szczypiorek / cebulka (po 2 łyżki)


Przygotowanie:
Makaron gotujemy lub zalewamy wrzątkiem (w zależności czy mamy błyskawiczny, czy zwykły).
Po dokładnym odcedzeniu (makaron nie może być zbyt mokry, ponieważ podczas zawijania w nori, owo może się nam porwać) mieszamy go z marchewką i szczypiorkiem, dodajemy łyżeczkę, dwie oleju sezamowego, sól, chili oraz ziarenka sezamu. Sezam dobrze jest wcześniej podprażyć na suchej patelni.
Odstawiamy na minutkę, dwie.
Przekładamy makaron na płat nori  i zawijamy tak jak na sushi.
Kroimy na pół i kładziemy na patelnię lub w garnek z głębokim tłuszczem (jak kto woli, ja robię na patelni).
Po minutce ściągamy z patelni i odtłuszczamy na ręczniku papierowym.

Podajemy z sosami / dipami według własnego uznania. Jemy ...rękami ;)

SMACZNEGO!





środa, 15 kwietnia 2015

Chwalcie Boga i jego kanapki.

Post ukazać się miał w  ubiegłą sobotę, niestety, opanował piszącą koreański wirus i zamiast pisać zażywała herbatę z miodem oraz hot tottie leżąc zawinięta w koc. W imieniu swoim oraz wirusa przepraszam za zwłokę.

Jak zapowiedziano, rzecz będzie o kanapkach; jakże rdzennie koreańskim daniu ;)

Myślę, że Sr. John Montagu, 4 Earl Sandwich, twórca współczesnej kanapki „sandwich” przewraca się w grobie niemal za każdym razem, gdy któraś z koreańskich sieci kawiarniano- kanapkowych sprzedaje owego „sandwich-a”. 

Jedną z najpopularniejszych tego typu sieci w Korei jest założona przez SPC Group (rodzinne powiązania z Samsungiem; trzeba będzie o tym kiedyś napisać, ponieważ Korea to fascynujący kraj, którego gospodarka jest w rękach dosłownie kilku rodzin!) w 1986 roku, a przemianowana w 1988 Paris Baguette, która notabene w lipcu ubiegłego roku  otworzyła swój pierwszy sklep w Paryżu… pewno nie jeden Paryżanin skwitował to zajście grymasem na twarzy popartym cichym Mon Dieu. 

Zastanawia mnie, dlaczego Koreańczycy zaczerpnęli wzorzec kanapki z produktu sprzedawanego na stacjach benzynowych Exxon w USA, zamiast wziąć przykład z cudownych, soczystych, pełnych rozpływającej się w ustach wołowiny arcydzieł serwowanych w stanach południowych.

Faktem bezspornym jest, iż kanapka trafiła do Korei razem z amerykańskimi żołnierzami. 
Nie wiadomo tylko, dlaczego, jak podaje SeoulSandwich Lover’s FB (swoją drogą, polecam stronę wszystkim, którzy odwiedzają Koreę nie przepadając za koreańską kuchnią; znajdziecie tu kilka sprawdzonych adresów) Korea is where sandwich craft comes to die.
Jak pisze mój redakcyjny kolega z magazynu Groove, dla którego skrobnę coś od czasu do czasu w ramach oderwania się od curriculum; Lunch Sandwich w Paris Baguette to poćwiartowana, złożona do przezroczystej, plastikowej trumny, na zimno serwowana kanapka; RIP.
Jak się człowiek przyjrzy, kanapce zalegającemu w plastikowej rynience, trudno koledze odmówić trafnego porównania.


Wracając do tytułu posta.

Nie wszystkie sieciówki serwują trumienne specjały, są na szczęście chlubne wyjątki, a jednym z nich jest Isaac Toast and Coffee. Jak wieść gminna niesie sieć Isaac założona została w 1995 roku przez pewną ajumme, której małżonek zaniemógł i przedsiębiorcza kobieta, Pani Kim Ha Kyoung, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce, żeby utrzymać rodzinę.
Pierwsza kanapkarnia powstała w okolicy Uniwersytetu Cheongiu w Seulu. Dziś to duża sieć nie tylko w samej Korei, ale także w USA i kilku krajach azjatyckich.

Kanapki Isaac podawane są na ciepło. W środku mają jajko sadzone i świeże warzywa, choć niestety, nie uchronili się od użycia przetwarzanego sera typu amerykanskiego.
W porównaniu z podobnymi, dostępnymi w śmieciówkach produktami są smaczne i zawsze świeże, robione na zamówienie, przy kliencie, co z drugiej strony powoduje, że trzeba zarezerwować sobie więcej czasu na realizację zamówienia.

Kanapki Isaac pakowane są w papier, na którym nadrukowane są wersety natchnione Biblią widoczne na poniższym zdjęciu.


Jak człowiek je, może sobie przy okazji poczytać i przemyśleć to i owo. 
Właściciel Isaac, Pani Kim, starsza kościoła protestanckiego w Korei, wierzy, że prowadzenie biznesu jest wyrazem uwielbienia dla Boga, jest to po prostu kolejny rodzaj oddawania Mu czci.
Jak widać, prowadząc udany biznes dosłownie wcieliła w życie maksymę idź i nauczaj.


    

sobota, 4 kwietnia 2015

Ryż a la Ola.

Jest weekend, człowiek siedzi w domu, więc przydało by się coś ugotować.

Fredro zwykł mawiać Dobra żona tym się chlubi, że gotuje, co mąż lubi. U nas w domu role są odwrócone. Małżonek przy kuchni stać lubi, ja mniej, więc kiedy go nie ma, obiady są proste: sałata i kura lub ryba.
Zdarza się jednak, że mam ochotę na pełen obiad, czyli sałatka, mięcho i ziemniaki;
w wydaniu koreańskim: mięcho, kimchi i ryż (jak widać zjadanie zwierzyny jest uniwersalne, reszta składników zależy od szerokości geograficznej).

Ryż w Korei zastępuje ziemniaki i jest wykorzystywany na setki sposobów. Do obiadu podawany jest zazwyczaj w czystej formie, ugotowany po prostu na wodzie, często bez soli. Przyznam, że nie jest to moja ulubiona forma podawania tego zboża. Ja podaję go do obiadu z sezamem i glonami.
Oto przepis.

Składniki:
ryż
uprażony sezam
nori
Ottogi - olej sezamowy

Skladniki
Produkt finalny
Przygotowanie:
Ugotowany ryż połączyć ze świeżo uprażonym sezamem, łyżeczką oleju sezamowego oraz pokruszonym nori. 
Podawać na ciepło.

Smacznego!




czwartek, 26 marca 2015

Jak pryskają marzenia

Myśleliście, że kwadratowe prostopadłościenne arbuzy rodem z Japonii to ostatni krzyk marketingu w przemyśle owocowo-warzywnym?
To źle myśleliście.
Dla nieposiadających przy pasku maczety(wszak nie każdy jest zagorzałym zwolennikiem jednego z krakowskich klubów piłkarskich), dla leniwych, dla upośledzonych manualnie, a przede wszystkim dla tych, którzy nie marzyli przez całe  życie o kokosie prosto z palmy, pod tą palmą.

Tajski eksperyment, na koreańskie zamówienie. I tym sposobem kokosa może mieć każdy. Czar prysł.
Kiedyś trzeba było mieć Piętaszka z twardym łbem, albo szukać palmy, pod którą jest jakiś kamień i cierpliwie czekać, aż owoc spadnie.

  
Prościej się już nie da.
  
Instrukcja obsługi. Tylko cep ma prostszą.
Wpadliśmy na to cudo przy wyjściu ze sklepu w Wonju. Żadne tam fiubździu, zwykły GieEs.
Po przyjściu do domu cudo zostało obfotografowane, wypite i zjedzone. A ja nie mogłem się powstrzymać od reminiscencji.
Pierwszy raz w życiu kokosa widziałem w wieku lat może dziesięciu. Wujek przywiózł zza mórz i oceanów. Ciemnobrązowy, twardy, chlupał w środku. Wszyscy zabierali się do tego jak pies do jeża, bo też i skąd mieli wiedzieć, co robić. W końcu w ruch poszła ręczna wiertarka zdaje się, płyn został rozdzielony pomiędzy dzieci i dorosłych. Szału nie było. kokos długo jeszcze zajmował miejsce obok zawierciańskich kryształów i innych zadających szyku bibelotów.

Potem w kraju zaczęły się pojawiać kokosy z importu. Równie brzydkie i równie kamienne.
A ja całe życie marzyłem o kokosie z drzewa. Nawet wiedziałem, jak powinien wyglądać.

Przyszło mi czekać ponad 30 lat. Poznaliśmy wspaniałych ludzi i dzięki korzystnemu splotowi okoliczności- wylądowaliśmy na rajskiej wyspie. Dosłownie i w przenośni rajskiej wyspie. Mark Twain powiedział o tym miejscu, że Raj powstał na jego wzór, a nie odwrotnie.
Trzeba było widzieć minę pogranicznika, który na pytanie, na cholerę przyjechałem tu na tak długo(trzeba było zadeklarować na wjeździe i pokazać bilet powrotny) usłyszał:
-Panie, widział pan kiedy śnieg?
-No nie widziałem, ale to nie tłumaczy, dlaczego chce pan tu zostać 5 tygodni?
-A jak powiem, że w życiu nie widziałem kokosa, to pan uwierzy i wpuści mnie do tego raju?

Zadumał się, uśmiechnął pod wąsem i przybił pieczątkę w paszporcie.

W kwestii kokosów zostaliśmy z Małżonką ekspertami po tygodniu. W zasadzie to jeszcze wtedy nie Małżonką. To się dopiero miało zmienić po trzech tygodniach. Notabene nieomal pod palmą kokosową.
Wiedzieliśmy, jak smakuje płyn i miąższ z tych zielonych, a jak z tych pomarańczowych. Te drugie czasem lekko fermentują, woda kokosowa jest wtedy jak szampan. Po wypiciu wraca się do sprzedawcy, ten wprawnie rozłupuje orzech i wybiera do woreczka miąższ. Młode kokosy mają w środku nieomal galaretkę, starsze są już dosyć twardawe, dają się pokroić i na przykład upiec na ruszcie, by potem móc posypać tym waniliowe lody.


Innym razem wracałem z pracy, z Afryki. Mając pustą torbę, poprosiłem kierowcę o zatrzymanie się przy drodze i za kilka dolarów kupiłem tyle, ile się zmieściło do walizki.
O dziwo, ani w Ghanie, ani w Irlandii żaden celnik nie mrugnął nawet okiem.
A wyobraźcie sobie miny znajomych, którzy w ponury wieczór dostali po proszonej kolacji po kokosie(z solidną miarką rumu jako bonus) do ręki.
Innymi słowy- warto marzyć o czymś całe życie. Bo jak wiadomo, marzenia się spełniają, trzeba tylko chcieć.
I nikt i nic, nawet ten popapraniec emocjonalny, który wymyślił kokosa dla mas, nie będzie nam w stanie ich odebrać.



środa, 11 lutego 2015

Walentynki. Po koreańsku, czyli na opak.

Serduszka, czekoladki, róże - koniecznie na długiej łodyżce i bordowe, no i oczywiście pluszaki.
To wizja Dnia Zakochanych między Bugiem a Odrą, po transformacji ustrojowej.
Kiedyś był Ósmy Marca, goździki i pończochy, i życie było prostsze.

"Przysmaki" z mąki ryżowej w walentynkowych barwach 
 I na co to komu? Żeby placówki świadczące usługi gastronomiczne mogły sobie tego dnia policzyć dwa razy tyle za wuzetkę i kawę, co zwykle? A wiecznie zakatarzony pan spod supermarketu, na co dzień parający się świadczeniem ochrony pojazdów mechanicznych("paniusiu, dyszka, albo porysuję lakier"), na ten dzień przywdziewa bezzębny uśmiech i terroryzuje nastolatków, wciskając im nadwiędłe róże dla wybranki?

Ech, gdzie te czasy, kiedy w kalendarzu typu zrywak można było poznać mowę kwiatów i dzięki temu uniknąć nieporozumienia, wręczając bukiet białych lilii("ależ co pan, dziewicą to ja już dawno nie jestem, a z harcerstwa wyrzucili mnie za molestowanie zuchów").
Autorowi tekstu przeszedł lepszy numer- zachodząc w konkury w latach khem, khem.. młodzieńczych- matce wybranki wręczył róże farbowane na zielono(bo zauważył, że suszy bukiety pod sufitem i układa ikebany), a wybrance... farbowane na fluorescencyjny, wściekle zielony kolor kalie...
Obie panie, świadome mowy kwiatów ubawiły się setnie, pomimo że żadna z nich nie wybierała się na tamten świat. A pomysłowa kwiaciarka nieraz jeszcze zaskoczyła klientów.

Możemy własnoręcznie zrobić czekoladki z..różowej, chińskiej czekolady - mniam, mniam, mniam ;/
Sztuczna i bezkrytyczna implementacja zamorskich mód nie zawsze się udaje. Wyszczerzone dynie jesienią jeszcze można zrozumieć, nie ich wina, że dojrzewają w tym czasie. A poza tym można się świetnie bawić wyrzynając dyniom dziury razem z dziećmi albo wymyślając na wyścigi milion potraw z dyni na wszystkich szanujących się lub nie- blogach o zacięciu kulinarnym.

Ale serca?? W lutym?? Pocałunki na mrozie?? Opryszczka murowana.

A jak rozwiązali tę kwestię w Korei?

Ano, jak większość, czyli po swojemu.

Zestaw czekoladek. Możemy je wysłać pocztą, dochodzą ;)
Czternastego lutego, czekoladki wręczają... kobiety. Mężczyznom. I nazywa się to Dniem Czerwonym. Kiedyś wręczenie przez niewiastę czekoladek, szczególnie własnoręcznie zrobionych, niosło przesłanie równoznaczne z Danusiną nałęczką w Krzyżakach.

Płeć męska ma szanse na rewanż po miesiącu, kiedy to czternastego lutego ofiarują słodycze. Dzień dla odmiany nazywany jest Białym. Jest to zaimportowany z Japonii sukces tamtejszego przemysłu cukierniczego, który już od lat 70-tych silnie lobbował na rzecz większych zysków.

Że też u nas nikt nie lobbował na okoliczność zakontraktowanego buraka cukrowego, cukrownie likwidowano, a pieniądze trafiały "na konta do Luksemburgu". A Władeczek szkodził.

Wszystkie pominięte potwory oraz nieobdarowani czekoladą, mają szanse utopić swe smutki miesiąc później, czternastego kwietnia, kiedy to podczas Czarnego Dnia, spożywają pochodzącą z Chin potrawę jajangmyeon. To serwowany z makaronem sos, z fermentowanej czarnej fasoli. Taka ichnia czarna polewka. Jak widać na załączonym obrazku, nie jest to raczej danie na romantyczną kolację.
Ale za to jest przepyszne.
Dokładniejsze dane na temat pochodzenia tego święta nie są bliżej znane, ale na pewno właściciele przybytków serwujących ten smakołyk nie mają nic przeciwko temu.

Zdjęcie pochodzi stąd.
Nudle z fasolą występują zarówno w wersji mięsożernej i jak i wegetariańskiej.
Dla zainteresowanych przepis do znalezienia tutaj, czyli u nieocenionej Maangchi.

Cokolwiek sądzicie o zamorskich celebracjach, stanowią one świetny przykład jak różnie mogą być postrzegane zwyczaje w różnych częściach świata. Sporo też można się dowiedzieć o specyficznej dla Korei kulturze par(vide identyczne ubrania dla obojga) i komercjalizacji tego zjawiska.

Serdeczne podziękowania dla wszystkich, którzy oddali na nas głosy w konkursie Blog Roku oraz Tekst Roku.
Dzięki nieocenionej inicjatywie Mamy, dostaliśmy w sumie 33 głosy, w obu kategoriach.
Zwycięzcom i finalistom gratulujemy! 

sobota, 7 lutego 2015

Ho-Bbang 호빵 만들기, czyli buchty z czerwoną fasolą


Ho-Bbang 호빵 만들기 to nic innego, jak mandu z nadzieniem z fasolki azuki.

Proste, dość szybkie i smaczne danie na słodko. Świetna alternatywa na zdrowy obiad dla wszystkich Tadków niejadków;) 

Przepis na pastę  znajdziecie tutaj, przepis na bułeczki poniżej. 

 

Przygotowanie pasty

Składniki:
3 szklanki mąki pszennej
1 ½ ciepłego mleka lub wody (ja używam mleka sojowego)
½ łyżeczki drożdży suszonych

Gotowe Ho-Bbang, ja podaje je po Polsku ze smietaną lub naturalnym jogurtem, posypane brązowym cukrem. Taki mój koreańsko-polski mix ;)
Przygotowanie:
Drożdże rozprowadzamy w mleku, dodajemy mąkę ( nie trzeba czekać, aż drożdże zaczną pracować). Wszystko dobrze mieszamy a następnie wyrabiamy ciasto.
Zostawiamy do wyrośnięcia na 40 minut. 

Ciasto wyciągamy delikatnie z naczynia, formujemy z niego podłużny bochen.
Przecinamy go na pół.
Połowę odkładamy pod wilgotną ściereczkę.
Z drugiej połowy tworzymy rulon i tniemy go na kawałki o długości ok 4 cm.

Kawałki ciasta spłaszczamy (można lekko rozwałkować krawędzie, będzie się łatwiej kleiło boki ), w ten sposób powstają nam okrągłe, małe placuszki.
Na środek placuszków kładziemy pastę i zawijamy ciasto tworząc okrągłe bułeczki. 

Pozostawiamy je na 20 min pod przykryciem, następnie gotujemy na parze (ok 12 min, w zależności od grubości ciasta), tak, jak polskie buchty.

Smacznego!

sobota, 31 stycznia 2015

Koreańskie bułeczki Mochi z czarnym sezamem


Koreańskie bułeczki Mochi z czarnym sezamem
Przepis na około 12 bułeczek.




180 gram mąki ryżowej
20 gram mąki pszennej  (opcjonalnie)
10 gram mleka w proszku
120 gram mleka
60 gram oleju roślinnego
20 gram czarnego sezamu (wcześniej trzeba go uprażyć)
1 łyżeczka jasnego sosu sojowego
1 jajko
Szczypta soli

Przygotowanie:
Rozgrzać piekarnik do 180 stopni.
Mleko, olej, sos sojowy i sól mieszamy w garnuszku i zagotowujemy.  Dodajemy mąkę ryżową, pszenną i śmietankę w proszku. Mieszając połącz składniki, dodaj jajko, a następnie użyj miksera, aby ciasto wyrobić. Jeśli będzie zbyt luźne, można dodać więcej mąki. Dosypujemy sezam i raz jeszcze mieszamy.
Dzielimy ciasto na 12 bułeczek, obtaczamy w mące i pieczemy przez 20 minut. Jeśli chcemy, żeby bułeczki były bardziej chrupkie trzeba je spryskać woda przed pieczeniem.

Podajemy najlepiej lekko cieple.

sobota, 24 stycznia 2015

GIMBAP VS. SUSHI

Gimbap jaki jest - każdy widzi.
Sushi jakie jest, każdy wie. A jeżeli nie wie, to się nie przyznaje, bo jak wiadomo to obciach obecnie i w niedalekiej przeszłości żywić się czymś innym.
Sushi to ryż, zakwaszony octem, stąd nazwa. Tradycyjnie wywodzi się to od ryby, fermentowanej w kwaśnym ryżu. Stąd też mniej wymyślne wersje niemal zawsze będą zawierać jakąś rybę.
Koreański gimbap, czy też kimbap, jak komu wygodnie użyć zapisu koreańskiej wymowy, to już inna bajka.

Nie będziemy tutaj dochodzić, czy danie ewoluowało podczas okupacji japońskiej, czy Koreańczycy sami na to wpadli. Bliskość obu krajów i ich wzajemne, niezbyt szczęśliwe relacje pozwalają sądzić, że wpływy się przenikały. I niech tak zostanie na potrzeby dzisiejszych dywagacji.
Koreańskie ryżowe rolki raczej nie zawierają ryby. Na zdjęciu powyżej w przekroju widać od góry, zgodnie z ruchem Słońca, przynajmniej na północnej półkuli: omlet, marynowaną rzodkiew daikon, paluszek krabowy, szynka konserwowa, duszona wołowina i tutejsza wariacja na temat cukinii.
Na zdjęciu poniżej widać też marchewkę, ogórka i odeng, czyli fish cake.

Generalnie nie wydaje się, żeby były jakieś specjalne ograniczenia, co do wsadu.
Koreańskie zawijasy będą więc bardziej chrupiące, a fakt, że płaty glonów(gim), w które zawija się ryż i resztę są zwykle prażone, a potem posmarowane delikatnie olejem sezamowym powoduje, że dostajemy do ręki idealnie uzupełniającą się kompozycję.
Wtajemniczeni po uformowaniu, kroją rulon na plastry ostrym nożem, maczanym właśnie w oleju sezamowym. I nóż się nie klei, i delikatny aromat pozostaje.

Gimbap to typowy street food, kosztuje niewiele, a syci na długo. Pierwszy raz spróbowaliśmy tego jeszcze w Irlandii, gdzie na jednym z festynów w Galway, para koreańskich studentów postanowiła zaznajomić lokalną społeczność z kilkoma specjałami, sprzedawanymi ze stolika turystycznego.

Teraz czasem na dworcu autobusowym, przed porannym wyjazdem gdzie oczy poniosą, kupujemy wersję, która jako żywo kojarzy się ze wszelkimi wyjazdami w latach szkolnych i studenckich.

Kimbap faszerowany tuńczykiem i pastą gochujang. W czerwonym opakowaniu. Ryż, ryba i papryka. Pikantne toto.
Jest takie miasto nad Odrą, z dostępem do morza(kanał bo kanał, ale zawsze) skąd pochodzi jeden z nieśmiertelnego wyjazdowego trio, obok pasztetu z kogutkiem i mielonki turystycznej.
I tak właśnie smakuje ten kimbap. Jak tu nie zatęsknić za domem?

 Dla tych z Was, którzy próbowali swoich sił ze zrobieniem sushi w domu, zrobienie gimbap'u będzie jeszcze łatwiejsze. Krótkoziarnisty ryż gotujemy do miękkości, Koreańczycy nie solą ryżu.
Po ostygnięciu rozkładamy na ułożonych na bambusowej macie płatach glonów, układamy nadzienie, zwijamy w rulon, kroimy w plastry, sztuczka podana wyżej.
Nie trzeba podawać z sosem sojowym, ale można. Można też zmieszać jasny sos sojowy w równych proporcjach z ryżowym octem, trochę dosłodzić, trochę podostrzyć drobno posiekanym chili, wycisnąć ząbek czosnku- co kto lubi. Pasuje wszystko.
Takie paczuszki na dwa kęsy też są świetne. Samgak-kimbap, czyli trójkąty.


Tutaj do kupienia na każdym rogu, można zjeść na miejscu, z talerza, z dodatkami. Można złapać w garść i zjeść po drodze, choć zwykle w wersji na wynos dostaje się pałeczki, w założeniu, że zdążymy donieść do domu czy biura. Ja donaszam zwykle połowę. Lub mniej. Czego i Wam życzę.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...