Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korean wedding. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korean wedding. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 marca 2015

Koreańskie wesele, czyli w kolejce po ślub ciąg dalszy.

O tradycyjnym, koreańskim ślubie mogliście przeczytać tutaj.
Małżonka była też na konwencjonalnym weselu. Konwencjonalnym, jak na lokalne standardy, oczywiście,bo  wiele rzeczy zaskakiwało.
O tym ostatnim przeczytacie po kliknięciu tutaj.
Dzisiejszy wpis, to swoista kontynuacja. Rzecz również miała miejsce w kilkupiętrowym domu weselnym na obrzeżach miasta.

Recepcjonistka, nie pielęgniarka.
 Mieściło się w nim sześć sal weselnych, jedno całe piętro zajmowała gastronomia, było też miejsce na garderoby, poczekalnie i węzły sanitarne.
Tym razem znaliśmy pannę młodą nieco bliżej.
Gospodyni, w poczekalni.
 Sala weselna wyglądała jak skrzyżowanie wybiegu dla modelek, w kształcie litery T, z ołtarzem soborowym, umiejscowionym na "daszku" naszej literki.
Na ścianie dwa ogromne telebimy, na których przed ceremonią obejrzeliśmy zdjęcia z sesji przedślubnej,(POLECAMY!), a w trakcie służyły one za oprawę graficzną, czasem korespondującą z tym, co się działo na wybiegu.
Pierwsze na podium były teściowe, a jakże.
 Na przykład, kiedy pan młody kroczył w stronę urzędnika, na telebimach wyświetlono szpaler z oficerskich szpad.
Gdy wprowadzał chwilę później pannę młodą jej ojciec, na ekranach pokazano kryształową kolumnadę. Czy też perystazę, jak kto woli.

Potem przysięga, ukłony w stronę rodziców i gości. Nic nowego.

Motto w lokalnym narzeczu, ufryzowanym na angielski...

A, kroili jeszcze tort weselny, symbolicznie- nożem ciach i wózek z tortem zniknął ze sceny.
Gwoździem programu okazała się niezawodna rodzina..

Najpierw w duecie, z podkładem muzycznym, zaśpiewali jakiś love song kuzyni.
Dostali brawa, zeszli ze sceny.

Tego, co nastąpiło potem- nie dało się przewidzieć.

Na scenę weszły trzy ciotki, z rodziny panny młodej.

 I odstawiły taki show, po którym zbierano mnie z podłogi. Brzuch ze śmiechu boli mnie do tej pory.
Wyobraźcie sobie trzy panie, na oko w okolicach sześćdziesiątki, w perukach w stylu afro, podrygujące symultanicznie coś w rodzaju choreografii późnego Stachursky'ego i wczesnej Mandaryny. Momentami widać było inspirację Michaelem Jacksonem, a to wszystko przy muzyce PSY oraz Girls' Generation.
Cała sala klaskała do rytmu, a na koniec panie dostały owację na stojąco. Jeden z gości leżał i kwiczał ze śmiechu. Więc nie mógł stać i klaskać.

Później były obowiązkowe fotografie, pojedynczo i grupami oraz zejście piętro niżej, gdzie w formie bufetu podano weselny obiad.

Menu różnorodne, od sashimi z łososia i tuńczyka, poprzez ryby, tatara(przepis tutaj)owoce morza, dziesiątki tak typowych dla koreańskiej kuchni przystawek, część bufetu wydzielona dla dzieci, gdzie widzieliśmy uśmiechnięte frytki oraz ustawione na stołach napoje, również alkoholowe. Te drugie raczej symbolicznie.
Lokalny smakołyk u dołu-mięsień poruszający rybia płetwą. Smażony.
 Kelnerki uwijały się z wózeczkami, sprzątając ze stołów na bieżąco. Na swoją kolej wszak czekała kolejna grupa gości, z następnego wesela.
Ponieważ zrzucaliśmy się na prezent dla młodych, nie był to do końca taki free lunch.
Ale nawet gdyby przyszło za niego zapłacić, to i tak warto było.

Dla atmosfery, dla zupełnie innych doznań, jak na europejskim weselu, dla efektywnego zarządzania tłumem. Generalnie świetny pomysł na sobotnie popołudnie w Korei.

środa, 15 października 2014

W kolejce po ślub


Kilka  miesięcy temu mieliśmy okazję zobaczyć tradycyjny ślub koreański, zorganizowany przy zachowaniu wszystkich odwiecznych obrzędów. O ślubie w jego tradycyjnej formie możecie drodzy miłośnicy Korei przeczytać tutaj, a dziś, mowa będzie o ślubach w bardziej nowoczesnej odsłonie. A to, dlatego, że miałam w niedzielę okazję uczestniczyć w omawianym wydarzeniu, więc, mogę się na ten temat wypowiedzieć, posługując się własnymi obserwacjami, a nie internetowymi doniesieniami powielanymi bez końca przez wielu.

Sala ślubów
Tradycyjny ślub z zachowaniem wszystkich jego elementów to wcale nie taka codzienność w Korei. Spora część moich znajomych Koreańczyków nigdy na takim ślubie nie była, przyczyn jest wiele w tym i finansowa, ponieważ ślub tradycyjny jest dużo droższy od bardziej nowoczesnego i trochę uproszczonego odpowiednika stylizowanego na modłę zachodnią. Tej specyficznej mieszaninie tradycji z nowoczesnością przyświeca jedno słowo: efektywność.

Przyznam, że jak zachwycona byłam ślubem tradycyjnym, ten niedzielny nie zostanie przeze mnie zapamiętany na długo.  Było to dość dziwne doświadczenie, szczególnie, w przypadku, gdy do tematu ślubu podchodzimy z perspektywy judeochrześcijańskiego zachodu, z drugiej jednak strony, z punktu widzenia obcokrajowca żyjącego w tutejszym społeczeństwie, była to świetna okazja do obserwacji, co zdecydowanie wpłynęło na wzrost mojego zainteresowania tym, co działo się wokoło. 
Zdjęcia ślubne robione są przed ślubem w specjalnie przygotowanym pokoju tuz obok sali ślubów
Ślub odbył się w typowym dla Korei „wedding hall” będącym połączeniem magistratu z domem weselnym. Duży, szary budynek przy drodze wylotowej z miasta, zero ogrodu, czy kawałka zieleni, wyjście główne prowadziło wprost na parking dla kilkuset samochodów, zero czerwonego dywanu i żadnej, ale to żadnej podniosłej atmosfery. Na każdym piętrze czterokondygnacyjnego budynku znajdowała się sala ślubów oraz przyległa stołówka ( nie restauracja, a stołówka- podkreślam) z ustawionym bufetem i stolikami na 300-400 osób, papierowe obrusy, jednorazowe kubki, sztućce metalowe, co prawda, ale jakości odpowiadającej barowi mlecznemu.
Tradycyjny ukłon w stronę rodziców

mdlejemy po raz drugi

Pierwsze, co uderzyło mnie zaraz po wyjściu z samochodu, to ogromna masa ludzi, nic dziwnego, skoro odbywały się tam trzy śluby dokładnie w tym samym momencie, co nasz. Tablica z informacją, kto, na którym piętrze bierze ślub rozstawiona była przy wejściu głównym, wiec bez problemów znaleźliśmy pożądaną lokalizację, piętro II.   

Przybyliśmy troszkę spóźnieni, ślub się już zaczął. Mój znajomy poszedł zanieść kopertę rodzinie panny młodej, ponieważ byliśmy jej gośćmi, gdyby zaprosił nas pan młody -koperta trafiłaby do jego rodziny. Koreańczycy nie dają prezentów, tylko pieniądze. Ile, zależy od tego, czy jest się członkiem rodziny, przyjacielem czy kolegą z pracy (od 30-50 dolarów w przypadku kolegi z pracy, do 100 w przypadku przyjaciół i dalszej rodziny i kilkuset wzwyż w przypadku najbliższych, – co stanowi dość marne porównanie z Polska, gdzie znajomi w kopertach przekazują równowartość kilkuset dolarów). W zamian za kopertę zostały mu wręczone bilety po okazaniu, których concierge ( a właściwie odźwierny zważywszy na stołówkowy charakter przybytku) miał nas wpuścić na stołówkę.  

SONATA to sala ślubów, na środku widoczny jest monitor a tuż pod nim siedzą członkowie rodzin i zbierają koperty, po prawej odźwierny i bufetowa ze stołówki

Stołówka
Znajomy przyniósł mi bilet, a sam popędził na stołówkę, podobnie zresztą zrobiło 75% gości. Na stołówce znajdowały się monitory, na których oglądać można było toczącą się ceremonię. Tak, więc, młoda para przysięgała sobie miłość, wierność itd. a goście w tym samym czasie popijali sashimi soju, bo jak wiadomo rybka lubi pływać niezależnie od narodowości.  

Ślub wydaje się być formalnością, do której nie przywiązuje się większej uwagi, uwaga natomiast skupiona jest na zdjęciach i filmach z ceremonii ( Wesela nie ma, po posiłku wszyscy rozchodzą się do domów a państwo młodzi spędzają czas z najbliższymi. Cała ceremonia trwa maksymalnie półtorej godziny, nasza trwała dwie, ponieważ panna młoda 4 razy zemdlała – dosłownie).  Dwóch kamerzystów oraz dwóch fotografów non stop robiło zdjęcia, często w odległości kilku centymetrów od twarzy młodych a wchodzenie kamerzysty czy fotografa pomiędzy młodych a urzędnika USC zdawało się być powszechnie przyjętą praktyką. Miałam wrażenie, że ta krótka ceremonia zorganizowana jest dla celów stworzenia albumu na użytek rodziców i młodych.  


Każdy z fotografów miał pomocniczkę, która cały czas poprawiała suknie, ułożenie welonu (w trakcie ceremonii zaślubin) oraz pudrowała pannę młodą (a urzędnik S.C. dalej leciał ze swoimi głodnymi kawałkami). Makijaż poprawiony, suknia ułożona no to pstryk; panna młoda mrugnęła, co robimy? Z pomocą przychodzi wacik na patyczku. Układ rzęs poprawiony i znowu pstryk (a urzędnik dalej jedzie z kazaniem) i tak przez 30 minut, za wyjątkiem przerw na omdlewania, którymi zresztą wydawała się być przejęta tylko matka panny młodej i pomocniczka fotografa, choć ta druga raczej z powodu zimnych potów i konieczności dopudrowania młodej, niż ze współczucia. 



Podczas ceremonii w Sali ślubów było strasznie głośno, goście rozmawiali na głos, zupełnie bez żenady i mało, kto (za wyjątkiem dwóch pierwszych rzędów) wydawał się przejęty tym, co się dzieje.  Panna młoda dotrwała jakoś do końca ceremonii, co osobiście uważam za cud i o własnych silach z sali ślubów wyszła udając się do pokoju gdzie przebrała się w tradycyjny hanbok, po czym przyszła z panem młodym (też w tradycyjnym stroju) na stołówkę, gdzie wszyscy (już pojedzeni) czekali na nią z niecierpliwością. Kiedy młodzi przyszli, mój znajomy rzucił półgłosem „super, wreszcie jest, idziemy się przywitać i zmykamy” . Cala nasza piątka wstała od stołu, przywitała/ pożegnała się z panna młodą i do samochodu. 



Pozazdrościć efektywności, żadnego nonsensu, przesadnych emocji; nie wiem tylko, dlaczego miałam wrażenie, że to był taki ślub w przerwie na lunch, czułam się trochę tak, jakbym stała w kolejce po ślub, dokładnie tak, jak stoję czekając na świeżo robiony gimbab w barze na rogu.   
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...