środa, 15 października 2014

W kolejce po ślub


Kilka  miesięcy temu mieliśmy okazję zobaczyć tradycyjny ślub koreański, zorganizowany przy zachowaniu wszystkich odwiecznych obrzędów. O ślubie w jego tradycyjnej formie możecie drodzy miłośnicy Korei przeczytać tutaj, a dziś, mowa będzie o ślubach w bardziej nowoczesnej odsłonie. A to, dlatego, że miałam w niedzielę okazję uczestniczyć w omawianym wydarzeniu, więc, mogę się na ten temat wypowiedzieć, posługując się własnymi obserwacjami, a nie internetowymi doniesieniami powielanymi bez końca przez wielu.

Sala ślubów
Tradycyjny ślub z zachowaniem wszystkich jego elementów to wcale nie taka codzienność w Korei. Spora część moich znajomych Koreańczyków nigdy na takim ślubie nie była, przyczyn jest wiele w tym i finansowa, ponieważ ślub tradycyjny jest dużo droższy od bardziej nowoczesnego i trochę uproszczonego odpowiednika stylizowanego na modłę zachodnią. Tej specyficznej mieszaninie tradycji z nowoczesnością przyświeca jedno słowo: efektywność.

Przyznam, że jak zachwycona byłam ślubem tradycyjnym, ten niedzielny nie zostanie przeze mnie zapamiętany na długo.  Było to dość dziwne doświadczenie, szczególnie, w przypadku, gdy do tematu ślubu podchodzimy z perspektywy judeochrześcijańskiego zachodu, z drugiej jednak strony, z punktu widzenia obcokrajowca żyjącego w tutejszym społeczeństwie, była to świetna okazja do obserwacji, co zdecydowanie wpłynęło na wzrost mojego zainteresowania tym, co działo się wokoło. 
Zdjęcia ślubne robione są przed ślubem w specjalnie przygotowanym pokoju tuz obok sali ślubów
Ślub odbył się w typowym dla Korei „wedding hall” będącym połączeniem magistratu z domem weselnym. Duży, szary budynek przy drodze wylotowej z miasta, zero ogrodu, czy kawałka zieleni, wyjście główne prowadziło wprost na parking dla kilkuset samochodów, zero czerwonego dywanu i żadnej, ale to żadnej podniosłej atmosfery. Na każdym piętrze czterokondygnacyjnego budynku znajdowała się sala ślubów oraz przyległa stołówka ( nie restauracja, a stołówka- podkreślam) z ustawionym bufetem i stolikami na 300-400 osób, papierowe obrusy, jednorazowe kubki, sztućce metalowe, co prawda, ale jakości odpowiadającej barowi mlecznemu.
Tradycyjny ukłon w stronę rodziców

mdlejemy po raz drugi

Pierwsze, co uderzyło mnie zaraz po wyjściu z samochodu, to ogromna masa ludzi, nic dziwnego, skoro odbywały się tam trzy śluby dokładnie w tym samym momencie, co nasz. Tablica z informacją, kto, na którym piętrze bierze ślub rozstawiona była przy wejściu głównym, wiec bez problemów znaleźliśmy pożądaną lokalizację, piętro II.   

Przybyliśmy troszkę spóźnieni, ślub się już zaczął. Mój znajomy poszedł zanieść kopertę rodzinie panny młodej, ponieważ byliśmy jej gośćmi, gdyby zaprosił nas pan młody -koperta trafiłaby do jego rodziny. Koreańczycy nie dają prezentów, tylko pieniądze. Ile, zależy od tego, czy jest się członkiem rodziny, przyjacielem czy kolegą z pracy (od 30-50 dolarów w przypadku kolegi z pracy, do 100 w przypadku przyjaciół i dalszej rodziny i kilkuset wzwyż w przypadku najbliższych, – co stanowi dość marne porównanie z Polska, gdzie znajomi w kopertach przekazują równowartość kilkuset dolarów). W zamian za kopertę zostały mu wręczone bilety po okazaniu, których concierge ( a właściwie odźwierny zważywszy na stołówkowy charakter przybytku) miał nas wpuścić na stołówkę.  

SONATA to sala ślubów, na środku widoczny jest monitor a tuż pod nim siedzą członkowie rodzin i zbierają koperty, po prawej odźwierny i bufetowa ze stołówki

Stołówka
Znajomy przyniósł mi bilet, a sam popędził na stołówkę, podobnie zresztą zrobiło 75% gości. Na stołówce znajdowały się monitory, na których oglądać można było toczącą się ceremonię. Tak, więc, młoda para przysięgała sobie miłość, wierność itd. a goście w tym samym czasie popijali sashimi soju, bo jak wiadomo rybka lubi pływać niezależnie od narodowości.  

Ślub wydaje się być formalnością, do której nie przywiązuje się większej uwagi, uwaga natomiast skupiona jest na zdjęciach i filmach z ceremonii ( Wesela nie ma, po posiłku wszyscy rozchodzą się do domów a państwo młodzi spędzają czas z najbliższymi. Cała ceremonia trwa maksymalnie półtorej godziny, nasza trwała dwie, ponieważ panna młoda 4 razy zemdlała – dosłownie).  Dwóch kamerzystów oraz dwóch fotografów non stop robiło zdjęcia, często w odległości kilku centymetrów od twarzy młodych a wchodzenie kamerzysty czy fotografa pomiędzy młodych a urzędnika USC zdawało się być powszechnie przyjętą praktyką. Miałam wrażenie, że ta krótka ceremonia zorganizowana jest dla celów stworzenia albumu na użytek rodziców i młodych.  


Każdy z fotografów miał pomocniczkę, która cały czas poprawiała suknie, ułożenie welonu (w trakcie ceremonii zaślubin) oraz pudrowała pannę młodą (a urzędnik S.C. dalej leciał ze swoimi głodnymi kawałkami). Makijaż poprawiony, suknia ułożona no to pstryk; panna młoda mrugnęła, co robimy? Z pomocą przychodzi wacik na patyczku. Układ rzęs poprawiony i znowu pstryk (a urzędnik dalej jedzie z kazaniem) i tak przez 30 minut, za wyjątkiem przerw na omdlewania, którymi zresztą wydawała się być przejęta tylko matka panny młodej i pomocniczka fotografa, choć ta druga raczej z powodu zimnych potów i konieczności dopudrowania młodej, niż ze współczucia. 



Podczas ceremonii w Sali ślubów było strasznie głośno, goście rozmawiali na głos, zupełnie bez żenady i mało, kto (za wyjątkiem dwóch pierwszych rzędów) wydawał się przejęty tym, co się dzieje.  Panna młoda dotrwała jakoś do końca ceremonii, co osobiście uważam za cud i o własnych silach z sali ślubów wyszła udając się do pokoju gdzie przebrała się w tradycyjny hanbok, po czym przyszła z panem młodym (też w tradycyjnym stroju) na stołówkę, gdzie wszyscy (już pojedzeni) czekali na nią z niecierpliwością. Kiedy młodzi przyszli, mój znajomy rzucił półgłosem „super, wreszcie jest, idziemy się przywitać i zmykamy” . Cala nasza piątka wstała od stołu, przywitała/ pożegnała się z panna młodą i do samochodu. 



Pozazdrościć efektywności, żadnego nonsensu, przesadnych emocji; nie wiem tylko, dlaczego miałam wrażenie, że to był taki ślub w przerwie na lunch, czułam się trochę tak, jakbym stała w kolejce po ślub, dokładnie tak, jak stoję czekając na świeżo robiony gimbab w barze na rogu.   

15 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Different is not even the word. It's not even something you would compare to our weddings Christine. It's Korean - hahahah

      Usuń
  2. A teraz trzeba pomyslec jak wygladaja pogrzeby. A moze nasza kultura za bardzo jest przwiazana do tworzenia mitow.
    Grazyna1

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pogrzeb jeszcze nie trafiłam, ale jeśli tylko na jakimś się pojawię, doniosę o przebiegu.
      Co do mitów; wydaje mi się, ze są jednak potrzebne, często dodają życiu kolorytu. Powstrzymam się od komentarza na temat mitów ślubnych, ponieważ brak mi doświadczenia w tej materii. Na moim ślubie było 5 osób, w tym państwo młodzi.

      Usuń
  3. Bardzo ciekawe, choć dla nas dziwaczne z tym jedzeniem na stołówce podczas uroczystości.
    Ta pierwsza panna młoda to jest z innego ślubu? Pyzata ma suknię pyzatą, a chuda chudą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koleżanka z pracy to szczupła panna młoda.
      Ta pyzata okupowała akurat pokój przygotowany na użytek zdjęć ślubnych, więc znała się siłą rzeczy w kadrze.

      Usuń
  4. Zaraz to po co ta cała oprawa? Nie prościej (jak po rewolucji w Rosji) iść się zarejestrować do urzędu? Nie widzę większego sensu w organizowaniu takiej publicznej sesji zdjęciowej. Po co oni to robią?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo mogą? Bo lubią?
      Bo tradycyjnie gościli bliskich na weselu, więc po skomercjalizowaniu dalej to robią, tylko na swój sposób?

      Usuń
    2. Robia to dla wspomnień, dla rodziny, dla siebie.
      Durze śluby to tutaj tradycja a główną rolę gra tu rodzina a nie jednostka, czyli państwo młodzi i chwala im za to.
      System klanowy/rodzinny sprawdza się dużo lepiej (nawet w skomercjalizowanym świecie) niż system oparty na indywidualizmie jednostki. Tylko dzięki wspólnocie i poczuciu siły, jaka leży w grupie (rodzinie) Korea mogla dokonać tak drastycznej przemiany w przeciągu zaledwie pięćdziesięciu lat.
      Odpowiadając krotko na pytanie "po co?" - dla poczucia wspólnoty i przynależności.

      Usuń
  5. Uwielbiam obserwować zwyczaje, rytuały, konwenanse w różnych kulturach. Dzięki Wam mogę zajrzeć i do dalekiej Azji. Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  6. Bajarko,
    już jutro wpis specjalnie dla Ciebie :)
    Będzie o warzywach, chyba, ze utknę w Gangnam (wykorzystuję czas gdy mężulek po za krajem na sklepowe szaleństwa, żeby biedakowi oszczędzić nerwicy żołądka) w takim wypadku skończę pisać w niedzielę, ale obiecuję, że dołożę wszelkich starań żeby skończyć jutro.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mężulek melisy się napije i da radę, złość piękności szkodzi ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Dzięki, już się cieszę. Dla Mężulka też coś można przy okazji zakupów nabyć na pociechę, niekoniecznie meliskę :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Myślę, ze smutkiem, że ta tradycja ma szansę przyjąć się w Polsce za,powiedzmy, 20 lat, w dużych aglomeracjach...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nam też trudno dostrzec zalety takiego rozwiązania.
      No, może będzie mniej wujków, śpiących z twarzą wtuloną w kotlet schabowy, panierowany ;)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...