czwartek, 12 czerwca 2014

Zupa rybna. Na gwoździu.Prawie.

Nie lubię wyrzucać jedzenia. Może to skąpstwo, może to wychowanie, ale serce mi się czasem kraje na widok ilości pełnowartościowego żarcia na śmietnikach. Czasami ma się wrażenie, że sąsiedzi muszą chyba spać na pieniądzach, skoro stać ich na taką rozrzutność, jak wyrzucanie bananów z ciemnymi plamkami czy nierozpakowanych tacek z inną żywnością.
Jako że zamrażalnik mamy tym razem słusznej linii, trafiają do niego nie tylko porcje gulaszu, bigosu czy innych potraw, które zrządzeniem losu zwykle przyrządzają się w ilościach kompanijnych, jeśli nie pułkowych.
I co się gapisz?
Powyższe zdjęcie prezentuje ingrediencje na wywar rybny. Powstał z elementów, które ktoś mógłby nazwać odpadkami. I tak, po kolei:
Ta zalotnie łypiąca okiem rybka, a w zasadzie rybi łeb, to pozostałość z kolacji sprzed kilku dni. Wiadomo, że wywar nawet z samych rybich głów jest świetny.
Tu rybka, żeby nie było jej smutno, dostała do towarzystwa pancerzyki i główki z krewetek tygrysich, które też znalazły swoje miejsce w zamrażalniku, zamiast na śmietniku historii.
Pancerzyki morskoowocowe to generalnie poezja smaku. Są kuchnie, w których dodaje się sproszkowanych skorupek z krabów czy homarów, dla podkreślenia smaku i aromatu dania.
My akurat przywlekliśmy ten patent z Sycylii.

Zawartość pancerzyków, zamarynowana w sosie sojowym, czosnku, paście gochujang, cynamonie i brązowym cukrze, usmażona szybciutko na oleju sezamowym, poszła z ryżem. Cukier się fajnie karmelizuje, dając chrupiącą polewę, a połączenie sosu sojowego, czosnku, chili i cynamonu w marynacie sprawdza się świetnie, także z kurczakiem.
Do tego garść suszonych sardeli, opisywanych przez nas wcześniej tutaj.
Marchewka, pokrojona w słupki, to pozostałość po Małżonce. Właściwie to po życzeniu Małżonki, żebyście sobie nie pomyśleli, że gdzieś sobie stąd poszła. Zażyczyła sobie jednego wieczoru marchewkę i ogórka w słupki, do maczania w domowej roboty paście/sosie/dipie ssamjang.
Nakroiłem od serca, zostało. Wylądowało, a jakże, w lodówce. Łodyżki koperku to osobna historia.
Po zakupieniu w rosyjskiej dzielnicy dziesięciu łodyżek świeżego kopru za 3000 KRW( mniej więcej 3 dolary amerykańskie), co poszło na ziemniaki z jajkiem i zsiadłym mlekiem, to poszło, a chyba tylko Krezus z Rothschildem wyrzuciliby resztę. Zielona cebulka też została po jakimś większym gotowaniu, w woreczku strunowym dostała zaszczytne miejsce, tuż koło flaszki dżinu, w zamrażalniku. Liść laurowy i ziele nie ze śmietnika, ze słoiczka.
I to wszystko na małym ogniu sobie wesoło bulgotało, aż zapach zwabił do kuchni koty, a rybi łeb się zaczął rozpadać. Mięsko z rybiej głowy dostały sierściuchy, reszta przez sito, został sam wywar.
Ponieważ oboje lubimy zupy rybne, zarówno w czystej jak i gęstej wersji, tym razem zgodnie zadecydowaliśmy, że o smak i tylko o smak nam chodzi. Miało być lane ciasto, skończyło się na kluskach kładzionych.
Na talerzu wyglądało mniej więcej tak:
Kuferek w tle też uratowany. Prawie ze śmietnika.

Na talerzyku po lewej porcja pasty gochujang, czyli podstawowego i nad wyraz często w koreańskiej kuchni używanego składnika. To do przyprawienia zupy do smaku.
Obok, zagnieciona w krążku pierogowego ciasta, krewetka, z posiekanym czosnkowym szczypiorem, ugotowana na parze. Podczas robienia zdjęć niewdzięcznie cholera wystygła, za karę nabrała rumieńców na patelni. Odsmażanego na chrupko pieroga nikomu chyba nie trzeba reklamować?
Wywaru wyszło sporo, po zjedzeniu solidnych porcji, postanowiłem pozostały bulion zredukować i zamrozić, jako domowej roboty bulionetki.  Potem do warzyw z patelni z rybą czy innymi owocami morza-super sprawa.
Jak postanowił, tak zrobił. Garnek na mały płomień i na kanapę... Obudził nas przeraźliwie miauczący Sasza. To nie było zwykłe miauczenie. Koty tak miauczą, gdy się przestraszą. Bardzo to podobne do płaczu małego dziecka.W mieszkaniu siwo. Z metr dymu pod sufitem.
Okna na oścież, wyciąg kuchenny na pełne obroty, koty pod pachę i na dach.
Gwoli wyjaśnienia- koreańskie dachy są w większości płaskie, z wysokim murkiem dokoła.Mowa o nowoczesnych budynkach. Na sąsiednich domach są regularne ogrody, na naszym się tylko opalamy, czasem któryś z sąsiadów wpadnie na fajkę.
Po godzinie dało się z powrotem wejść do mieszkania. O dziwo, nie zdążyły przesiąknąć dymem ubrania w szafach, ani na balkonie.
Nasze dzielne koto-kanarko-gęsi(kanarki były używane w kopalniach, do wykrywania metanu, roli gęsi Junony na rzymskim Kapitolu nie trzeba chyba przypominać) dostały w nagrodę za czujność podwójną porcję swoich smakołyków.
A my dostaliśmy nauczkę, że garnka na ogniu nie zostawia się bez opieki.
Takie to było nasze cygańskie gotowanie.

5 komentarzy:

  1. Nie tylko fajny pomysł na wykorzystanie skarbów z lodówkowych wykopalisk, ale i sposób podania tak odmienny od polskich standardów. Like it! Proste, a inspirujące.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za moralne wsparcie i ciepłe słowo. Sposób podania inspirowany wronami.
    A w zasadzie powiedzeniem, że jak już wlazłeś miedzy wrony, to coś tam , coś tam :)
    Koreańskie mandu, czyli rodzaj pierożków, nie zawsze muszą być z kimchi czy z mięsem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zupy rybne ( zwłaszcza z głów) są przepyszne. ale ja jakoś za delikatna jestem , by się za ten temat zabrać. No , nie moge tego przeskoczyć;)) Super pomysł na dania i suuper fotki;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mieszaj serki z jagodami i i Digestivami w takim razie, to Ci dobrze idzie ;)
      Nie dasz rady z głów-ugotuj z ryb. W sensie z filetów :) Albo jeszcze lepiej ze skorupiaków.

      A pomysł sam się nasunął. Z niechęci do wyrzucania jedzenia ;)
      Dziękujemy za komplement!

      Usuń
  4. ;;) tak, tak właśnie robię, z filetów. A te z głów jadam u Mamuśki;)
    A właśnie wczoraj ukręciłam serniczek z mango. Przepis będzie wieczorem.Dobrego, radosnego dzionka dla Was;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...