środa, 1 kwietnia 2015

Koreański skalpel



Niedawno dołączyłam do dumnego grona Koreanek pławiących się w luksusach tutejszej chirurgii plastycznej. Tak, tak, dobrze przeczytałaś (łeś) – dumnego grona, ponieważ w Korei nikt nie kryje się z zabiegami i nie wmawia nikomu, że gładka jak cztery litery niemowlaka twarz po 40-stce to zasługa kremu NIVEA. 

Co prawda, seria moich zabiegów nie miała nic wspólnego z upiększaniem jako takim, dała mi jednak możliwość zagłębienia się przez ostatnie 6 miesięcy w temat operacji estetycznych w Korei z perspektywy insider-a. Im dłużej myślę o podejściu Koreanek do całego zagadnienia, tym bardziej zastanawiam się, czy nie zafundować sobie jakiegoś kwasu hialuronowego, tym bardziej, ze koszt zabiegu równa się dwumiesięcznemu zapasowi kremu.  


Reklama kliniki chirurgii plastycznej w Seulskim metrze. Modelka to jak widać lalka Barbie o jakże azjatyckich rysach i kanonach urody
Kiedyś, schodząc z koleżanką do metra w Seulu, jak to baby, rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym i nagle Jee od niechcenia rzuciła Chce sobie zrobić nos.  
W czym problem? – pytam. Okazuje się, że jest trochę za duży a skóra po bokach ma zdecydowanie za szerokie pory. Powód dobry jak każdy inny myślę sobie. 
Znalazłaś klinikę ? W końcu wiem, jak trudno znaleźć odpowiednią klinikę, ale tu na szczęście z pomocą przychodzi… uwaga… Biuro Informacji Turystycznej przy Apgujeong (o czym w dalszej części posta). Szczęśliwie okazuje się, że problem kliniki rozwiązał się sam, ponieważ aktualnie Jee spotyka się z chłopakiem, którego wujek jest chirurgiem plastycznym, więc zrobi operację u niego w klinice. 
Świetnie- skwitowałam  przynajmniej to masz z głowy.
Myślałaś już nad kształtem?
No pewnie! Zastanawiam się pomiędzy …. I tak toczy się zupełnie surrealistyczna rozmowa, jakbyśmy rozmawiały o wyższości szarlotki nad eklerkami, ponieważ właśnie trzeba zorganizować jakieś garden party dla znajomych. 
Ale zaraz... to właśnie rozmowa o szarotce jest surrealistyczna, tu nikt nie piecze ciast, ciasta się kupuje, a operacje przechodzi 1 na 77 osób (dane Korean Association of Plastic Syrgery) więc rozmowa wydaje się jak najbardziej na miejscu.

Kiedy zaczęłam rozpytywać wśród znajomych czy zrobiłyby operacje, wszystkie (z chlubnym wyjątkiem córki pastora, starej panny i kierowniczki chóru parafialnego – jak mniemam sytuacja osobista miała niejaki wpływ na udzielenie odpowiedzi przeczącej) stwierdziły - Oczywiście!,  trzeba tylko zgromadzić fundusze. 
Kiedy powiedziałam, że może lepiej zaoszczędzić i gdzieś pojechać, zobaczyć inny kraj, kulturę, łypnęły na mnie pytająco i stwierdziły, że żyją w Korei, to jest ich kraj i jest cudowny. Po cholerę wyjeżdżać? Jest Jeju, jak masz ochotę na „tropiki” i Gangwon-do jeśli masz ochotę na narty, nawet fontannę Trevi na Jamsil  zbudowali, więc po co do Rzymu jechać.  A wyglądać trzeba, bo ładnym w życiu łatwiej ( nie można odmówić prawdy temu stwierdzeniu).


Klinika TATOA
Jak wskazują liczby, znakomita większość Koreańczyków myśli dokładnie tak, jak wspomniane wyżej współpracownice z mojego Instytutu. Korea od wielu lat plasuje się w pierwszej dziesiątce na świecie pod względem ilości przeprowadzonych operacji. Wyżej plasują się takie kraje jak  US, Meksyk, Brazylia czy Japonia. Wszystkie te kraje mają jednak kilkukrotnie większe populacje.  Przeliczając liczbę operacji na mieszkańca, Korea jest pierwsza  (pewną część pacjentów stanowią Chińczycy, wśród których turystyka medyczna jest dość popularna). Klinki powstają jak grzyby po deszczu, odprowadzając do budżetu co roku kwoty w około $ 480 mln. 


Spotkana na lotnisku w Seulu Chinka, robiła się piękniejsza przed ślubem a jej koleżanka, ponieważ chciała dostać lepsza pracę. Rozmawiałam z obiema paniami. Były bardzo zadowolone z usług na Gangnam.
Wszystkiego dobre kremy i makijaż nie ukryją, toteż najczęściej wykonywane procedury to nieinwazyjne zabiegi na twarz. Na miejscu pierwszym Botox, któremu poddaje się ponad 145.000 osób rocznie, na miejscu drugim kwas hialuronowy z ponad 90.000 pacjentów a brązowy medal przypadł laserowemu usuwaniu owłosienia z ponad 52.000 klientów rocznie (dane z Korean Konsumer Agency).

Któregoś razu jechałam z małżonkiem metrem i zauważyliśmy reklamę kliniki chirurgii plastycznej, na której było zdjęcie… lalki Barbie (pierwsze zdjęcie w poście). Moja SP od razu zapytała  Skąd im się lalka Barbie wzięła? Fakt, pytanie uzasadnione. Rozejrzałam się w około i sama zaczęłam się zastanawiać, bo w końcu Koreanki mają nisko zawieszone kuperki z nogami prostowanymi na beczce a ich włosy są wszystkim, tylko nie blond puklami.  

I wtedy przypomniałam sobie o książce jednej z moich ulubionych autorek, napisanej przez Naomi Wolf „The Beauty Myth” . Na książkę natrafiłam jeszcze, jako nastolatka w USA, w dobrych czasach, przed zamachem na WTC, kiedy w sobotni wieczór na Upper East Side chodziły nowe kolekcje Prady i naturalne futra, a w Harlemie królowały baggy jeans. 

Od momentu, w którym kolorowe magazyny opanowała Twiggy, a po niej pałeczkę przejęła Kate Moss, Stany oszalały na punkcie figury anorektyczki a niedługo potem oszalał na tym punkcie cały zachodni świat. Zdaniem Naomi, kobiety zostały wmanipulowane w ten specyficzny „kult piękna” z premedytacją w celu łatwiejszej nad nimi kontroli.
I tak, jak feministką nie jestem, bo i być nie muszę (Z genialnym ślubnym u boku mogę napawać się życiem zamiast stresować, co tydzień na zarządzie, ponieważ" jesteśmy na minusie w porównaniu do pierwszej polowy kwartału roku ubiegłego przy uwzględnieniu wpływu Pingwina Królewskiego na kichnięcie krowy w Kenii o cale 0,03%. Co prawda Financial Controller znalazła wytłumaczenie, ale co z resztą „zespołu”, dlaczego tego nikt nie przewidział!?" I tak co tydzień…)  znajduję logikę w rozumowaniu Pani Wolf.   

Podczas II Wojny Światowej kobiety były przedstawiane, jako pielęgniarki, urzędniczki, pracownice fabryk uzbrojenia, budowlańcy etc., ponieważ była wojna, faceci na froncie a ktoś przecież musiał na kraj pracować.   
Po wojnie ta sama kobieta była przedstawiana pięknie uczesana i ubrana z mopem w ręku (prawdziwa Rozenek) lub prasując z 2-3 dzieci bawiących się w około – bo trzeba było rodzic nowych obywateli.                                                                                                           Gdy zaczęli dorastać baby boomers a później ich dzieci, czyli kolejny boom chłopaków zaczęto przedstawiać, jako yuppie a dziewczyny? 
Powstała Twiggy i Kate M. a cały Harward dostał grupowej bulimii poganianej cichymi okresami anoreksji. Bo nie dość, że trzeba było być mądrą to jeszcze prezentować się „up to the standard”, w końcu Twoja matka siedziała z mopem w domu a ty chcesz czegoś „więcej” np. stołka COO.

A teraz powrót do Korei.

Lata 50-te, wojna – Kobiety w służbie i „na traktorach”

Lata powojenne – Rodzimy dzieci, trzeba nam chłopów, bo Kim Ir Sen na północy pręży muskuły i nie wiadomo, kiedy zaatakuje (nie zaatakował przez ponad 50 lat, ale tego nie mogli wiedzieć w latach powojennych). Do tego faceci pracują w Samsungu dla dobra „kraju” (wcale nie korporacji – buahahahah, choć w Korei państwo to jest korporacja, ale o tym może, kiedy indziej) więc my musimy zająć się ogniskiem domowym (pozostaje jeszcze prostytucja popularna zarówno wśród Koreańczyków jak i Amerykanów, ale o tym stanie rzeczy dowiemy się oficjalnie dopiero po kilkudziesięciu latach).  

Lata 80-te – Jesteśmy zamożni. Faceci dalej w Samsungu a my? No cóż, trzeba być doskonałą panią domu (choć przejście testu białej rękawiczki, czy jak to tam się nazywa, w „czystym” domu koreańskim skazane jest na druzgocącą klęskę, to i tak, jak na Azję jest nieźle). Do tego, mamy obowiązek pięknie wyglądać.

Lata 90-te – rozwija się K-pop, K-drama i wszystkie inne debilne, przepraszam za wyrażenie, ale trudno było znaleźć bardziej odpowiednie słowo „K”. 
Rozwija się przemysł muzyczny, K-drama obecna jest w każdym domu a wraz z nią piękne aktorki (czytaj poprawione i wyprodukowane lalki) a my, kobiety, zaczynamy czuć coraz większą presję.  Może i rodziłybyśmy więcej dzieci, bo to wcale nie takie złe, ale przepracowani w korporacjach faceci mają coraz większe kłopoty z męskością. 
Dzieci siedzą w szkole od 8.00 do 23.00 więc mamy czas dla siebie. Skoro mamy tyle czasu, to przynajmniej „wypadałoby wyglądać”. 
Ponieważ USA obecne są w Korei od lat 50-tych wraz z ochroną przed komunizmem przyszła na południe cała masa amerykańskiego badziewia z lalką Barbie na czele.  To jest teraz kanon urody! 
A my dalej mamy krzywe nóżki i niskie kuperki, nie mówiąc o tym, ze nasze usta są wszystko, tylko nie pełne. 
Z odsieczą przychodzi Gangnam ze swoimi klinikami plastycznymi. Możemy odetchnąć z ulgą i poddać się jednej z najpopularniejszych operacji plastycznych, czyli powiększeniu oczu, która polega na usunięciu części powieki (a Bozia kitajców, jak to mój tatuś pieszczotliwie ich określa, skonstruowała jednak z małymi oczkami, no cóż, przeżyjemy tą zniewagę natury, w końcu da się to poprawić). 
   

Ściana płaczu. I tez się przed nią modlą!
Klinik jest tak dużo, że czasem mamy problem z wyborem i co wtedy, gdzie szukać pomocy? Oczywiście w Centrum Informacji Turystycznej, najlepiej przy Agpujeong, ponieważ to najbliżej źródła, czyli w samym sercu Gangnam. 
W wyborze kliniki udzieli pomocy General Manager Gangnam Medical TourCenter Pani Natalie Oh. Trzeba jej wysłać maila z info o wieku, problemie i terminie nam pasującym, ona skontaktuje nas z lekarzem z centrum, ten omówi z nami kilka opcji, po czym dostaniemy adresy klinik, które w dogodnym nam terminie mogą przeprowadzić zabieg. A później już tylko skalpel lub igła do koloru do wyboru. 

I tak toczy się to moje koreańskie wygnanie. Od wizyty do wizyty … na blogu, oczywiście ;)







8 komentarzy:

  1. Operacje plastyczne - temat rzeka. Ostatnio dość sporo się mówi o Korei właśnie w tym aspekcie. Jeśli ktoś ma chęć i możliwość coś zmienić czemu nie. Wprawni chirurdzy plastyczni z pewnością coś zdziałają.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny tekst! Bardzo trafna analiza, rzeczywiście jak o tym pomyślę to większość znajomych Koreanek coś sobie poprawiła... chociaż ja wolę wydawać pieniądze na wyjazdy niż "poprawki", przynajmniej na razie ;)

    Daria

    OdpowiedzUsuń
  3. Pani Olu.
    Temat serio, a ja chichoczę, jak nastolatka. Bo ja, proszę Pani, jestem z tego pokolenia, kiedy kobieta miała kuperek i nogi, jęzor skłonny do głupotek, wady takie i inne, ale i charakter (często charakterek). Podobać chciałyśmy się zawsze, ale mamy, babcie, kumy wszelakie uczyły nas, jak wykorzystywać wszystkie atuty - nawet te pozornie wątpliwe - by oczarować tego czy owego pana. I niech Jemu się wydaje, że chojrak i zwycięzca; co chłopu żałować, niech ma. Sama idea lalki celuloidowej jest dla mnie zabawna i dziwaczna. Taki czas? No, jeżeli zbudowali sobie własną fontannę di Trevi, to niech mają i własną estetykę.
    Pozdrawiam
    Jaruta - Pyra

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Pani.
      Niezmiernie się cieszę, ze tekst wywołał chichot podlotka.
      Czasem trzeba o poważnych tematach z przymrużeniem oka, bo inaczej człowiek by oszalał. A tak, dystans do siebie i do świata zapewnia swojego rodzaju bufor pozwalający przesiedzieć w spokoju kolejne wiadomości wieczorne.
      Pozdrawiam z pięknie wiosennej Korei.

      Usuń
  4. Świetny tekst (widzę wpływy p. Szczuki - nie wiem czy aluzja będzie czytelna?). Jak włosom Koreanek daleko do blond pukli (rech, rech), a im ustom do pełności, tak mi, islamowi i krajowi, w którym mieszkam (a przynajmniej środowisku, w którym żyję) - daleko jest do tej tematyki, ba, poprawki urody polegające na zmianie całkiem dobrego nosa czy niezłych oczu to ciężki grzech. No i fajnie, nie ma presji, co więcej kanony piękna są jakieś bardziej zbliżone do misia Jogi niż do lalki Barbie. Też fajnie. I tak sobie ten tekst czytałam jak kompletną, totalną egzotykę po 10 latach życia w tak innej mentalności (co nie zmienia faktu, że przez 25 lat poprzedzających emigrację - byłam ofiarą kanonu piękna typu Barbie i K. Moss, a co za tym idzie - gdzieś tam, głęboko to we mnie tkwi). A teraz wsmaruję tę Nivea z nadzieją, że jednak choć trochę pomoże;).
    Ps. moja Ciocia, lat 83, zwykła mawiać (do teraz) "jak masz krzywe nogi, to pogłęb dekolt" - efekt ten sam, a o ile taniej ;-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Małżonka w sieci nie siedzi, więc pewnie nie podczytała, o jakie inklinacje Cię posądzałem :)
      Za to Jej ciocia też ma świetną metodę, nazywa się naturalny botoks.
      Po pojawieniu się zmarszczki należy przytyć, kilo na zmarszczkę i buzia dalej gładka ;)

      Usuń
  5. Ale coś w tym jest, że okrągłe babki wyglądają młodziej... po 60-tce ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ośmielam się zauważyć, że nie tylko po 60-tce ;)
      Przepis ciociny adoptują z powodzeniem krewne w znacznie młodszym wieku :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...